sobota, 15 września 2007

Aftermath

Tego posta zacząłem pisać zaraz po przyjeździe. Wcześniej spisałem sobie, co chcę zrobić w Tajlandii. Teraz pora na rozliczenie.
1. Nakarmić małe tygrysiątko butelką ze smoczkiem
Udało się ciutek lepiej. Nawet nie myślałem, żeby przechadzać się wśród stada tygrysów i pogłaskać dorosłego osobnika. Małego jednak trzymałem na rękach, a karmiły koleżanki z Holandii.

2. Przejechać się na słoniu
Pierwotnie myślałem o jakimś trekkingu. Podróż na słoniu jednak wygodna nie jest, o czym już pisałem. W Kanchanaburi część naszej grupy wycieczkowej spacerowała na słoniu, również w wodzie, i jakoś nie widziałem specjalnego entuzjazmu po fakcie. Wystarczyło mi więc przejechanie się w specjalnym koszyczku, choć planowałem na oklep.

3. Zobaczyć Angkor Wat
O wschodzie, w dzień i zachodzie.

4. Wjechać na Petronas Towers w Kuala Lumpur
Rano i wieczorem, i z hotelu.

5. Przejść przez most na rzece Kwai
Prawie przejechałem się po moście pociągiem. Przynajmniej myślałem, że takie jest zamierzenie wykupionej wycieczki. Słynną linią kolejową, czynną i dziś, przejechaliśmy tylko parę przystanków, a po moście spacerowaliśmy już samodzielnie.

6. Poddać się tajskiemu masażowi
To akurat było najprostsze i najpierw wypełnione.

Atrakcje dodatkowe
7. Owinięcie się pytonem.
8. Nocleg w strefie zagrożonej tsunami

Do zobaczenia w realu!

piątek, 14 września 2007

Siam Niramit

Dwa tygodnie wcześniej na jednej z darmowych mapek zauważyłem dość ciekawą reklamę jakiejś sztuki. Zazwyczaj staram się też co nieco zwrócić uwagę na kulturę danego kraju, więc tym bardziej mnie to zainteresowało. Do tego największa scena, 150 artystów, 500 kostiumów i historia Tajlandii. Siam Niramit. Zdjęcie było bardzo klimatyczne. Trzeba jednak rezerwować 5 dni naprzód. Nie było szans zdążyć przed wyjazdem do Kambodży. Stwierdziłem jednak, że wcisnę jeszcze na ostatni wolny wieczór, w piątek.
Rezerwacji dokonałem przez Internet, zapłaciłem kartą. Nie miałem jednak jak wcześniej sprawdzić, czy przyjęli moje "podanie". Ściągnąłem maile, ale nic nie było. Patrzę na konto, karta obciążona. Więc pewnie mam rezerwację. Szybki telefon na informację - tak, zamówienie przyjęte. No to mam 1godz. 30 min. na dostanie się do centrum Bangkoku!
Szybko się przebrałem i poleciałem na przystanek vanów. Niestety dwa mnie minęły już zapełnione (piątek wieczór!). Zgadałem się z inną dziewczyną na taksówkę do Mochit. Okazała się Rosjanką, Luba, studiuje MBA, robi semestr na AIT. Luba wysiadła na Mochit, ja pytam taksiarza, czy szybciej dojadę metrem czy taxi z naciskiem, żeby oszacował, czy są korki. Gość mówi, że szybciej taxi. W sumie, to co miał dupek powiedzieć, że nie chce więcej na mnie zarobić? To raczej ja frajer, że go spytałem. Zdecydowałem się, bo z mapy droga była krótka, może 3 stacje metra. I wtedy przypomniało mi się, co opowiadał mi jeden Francuz (fotograf z Paryża), którego spotkałem w vanie z lotniska w Phuket. Były to różne przygody z taksówkarzami. Jedna z typowych sztuczek, to celowe wjechanie w korek. I to mi się musiało zdarzyć, gdy akurat miałem zdążyć na przedstawienie. 3 stacje metra i ponad 30 min. w korku. Ja go pytam, ile jeszcze, a gość głupa pali. Francuz mówił też o innej historii, gdy taksiarz wiózł go naokoło i nie reagował na zwracanie uwagi. Francuz w końcu się wkurzył, wysiadł w korku na czerwonym świetle i pokazał słynną mudrę z jednym palcem. Taksówkarz nie mógł nic zrobić, bo musiał już ruszać na światłach razem z korkiem. No nic, to jest ta bardzo ciemna strona Tajlandii, więc w razie czego uważajcie na tych wożących cwaniaków.
Pod teatrem byłem ok. 19:20. I tu znów jakieś dziwne szczęście. Przedstawienie jest o 20:00... Panienka w informacji powiedziała, że 19:00, inaczej bym za taksówkę nie przepłacał. No nic, spokojnie, w końcu zegarek wymyślono w Szwajcarii, a nie w Tajlandii. Pani w kasie była na tyle uprzejma, że zmieniła mi walutę, bo całość wydałem na taksę.
Przed przedstawieniem przeszedłem się jeszcze po zaaranżowanym skansenie. Ludzie robili zdjęcia, ja kamery nie miałem, bo do teatru się nie bierze... Nakarmiłem słonia bananami. Słoniowi oczy robią się niesamowicie pocieszne, gdy zobaczy banana i natychmiast wyciąga swoją chwytną trąbę. Trąba w dotyku jest dość egzotyczna, niby delikatna, a na trąbie może podnieść człowieka.
No i samo przedstawienie było naprawdę odjechane. Parę faktów: wysokość sceny 12m (najwyższa na świecie, Guinnes), szerokość 65m(!) i głębokość 40m. Pojemność 2000 widzów Podziwiam też technikę - masa zapadni, dźwigów itp., sceneria bardzo szybko zmieniana. Na scenie w pewnym momencie pojawiła się rzeka, w której gość się wykąpał, a potem wzdłuż sceny pływały łódki. Po scenie chodziły słonie, ale później przeszły się też wśród publiczności. W jednym z aktów pojawił się bardzo realistyczny deszcz i burza z piorunami. Apsara faktycznie unosiły się i tańczyły w powietrzu. I masa, masa innych. Naprawdę miłe doświadczenie - uczta dla oczu. Dla uszu nieco mniej, bo muzyka była za głośna, a poza tym z głośników, a nie na żywo. Sama muzyka ok.
Trudno mi jednak określić gatunek. Nie była to opera, bo nie śpiewali. Balet też niekoniecznie, bo ruchy mało zsynchronizowane były, a na pewno nie balet w naszym europejskim rozumieniu. Może musical. Oni sami nazwali to show. No i show był, choć szkoda, że tylko 80 minut.

Koniec tułaczki

O ile w czwartek pogoda była piękna (znów to moje szczęście;-), to piątek nadrabiał zaległości w opadach. Utrudniało to nieco podróżowanie. Zdecydowałem się jednak na łączony transport lokalny. Chciałem nawet wziąć taxi. Recepcjonistka powiedziała, że powinno być max 500B. Wyznaczyłem sobie cel na 400B. Gdy przechodziłem koło postoju, kierowcy zaczęli mnie zaczepiać (jak zwykle). No to spytałem. Gość popatrzył na mnie i powiedział 600B. Za nic nie chcieli zejść. O nie, chamy, na mnie nie zarobicie. W Bangkoku za tyle bez łaski przejadę 70km, a tu było raptem 20km.
Dojechałem więc songthaew do środka wyspy, gdzie miał być przystanek airport bus. Wysiadanie z ciężarówki też było wyzwaniem, bo wsiadłem pierwszy, a po drodze dowaliła się zgraja Tajów. Przeprosiłem po tajsku i nagle grzecznie zaczęli sobie podawać mój plecak, a ja mogłem spokojnie przejść między ławkami.
Na autobus czekałem ponad 1godz. Powinny być dwa. Albo nie jechały, albo to był ten nieoznakowany - kolor się zgadzał, ale żadnego napisu po ludzku. W folderze reklamowym miał mieć wyraźnie napisane Airport bus. Poza sezonem to dziwne rzeczy tu się dzieją.
W końcu machnąłem na taryfę, trafiłem na Araba, skasował 250B za dojazd. Wg niego airport bus podobno istnieje, ale czy on miałby biznes, gdyby ten bus jeździł zgodnie z rozkładem?
Lądowanie w Bangkoku bez problemu. Tym razem AirAsia leciały Boeingiem 737-300. Teraz już jestem ekspertem od taniego podróżowania w Bangkoku, więc skorzystałem z Airport Express. Tutaj dowiedziałem się, że pani nie chciała sprzedać biletów na linię AE4, gdyż jest mało pasażerów - a to na ten autobus właśnie poprzednio równie bezskutecznie czekałem. Czyli rozkład sobie, biznes sobie.
Przypomniało mi się, że dobrze, że do Tajlandii wkroczyłem innym przejściem niż w Bangkoku. Jestem na celowniku jednej z urzędniczek imigracyjnych. Przy wyjeździe musiałem starać się o re-entry visa, gdyż w Polsce dostałem tylko jednokrotnego wjazdu. Starałem się zrobić dobre wrażenie... Na całym podaniu nie było miejsca na wpisanie numeru komórki, ale dziewczyna poprosiła o dopisanie. Urzędniczka prosi, to wpisałem. Tak jeszcze zażartowałem, czy będzie chciała do mnie dzwonić (oficjalnie). I dopiero wtedy kapnąłem, że to pytanie miało drugie dno - nieoficjalnie. Ech, żebym jeszcze pamiętał, jak wyglądała;-) Ciekawe, czy czasem nie będzie miała dyżuru przy moim wylocie.

czwartek, 13 września 2007

Kamala - miasteczko

Bardzo miłe. Zbudowane typowo pod turystów, więc na próżno tu szukać garaży sprzedających rzeczy five-hand i wyłażących na ulicę kuchni. Celowo nie wybrałem się do Palong - centrum komercji. Chciałem spokojnie pochodzić sobie po plaży. Tylko raz próbował zbliżyć się jakiś handlarz, ale gdy wyciągnąłem rękę w geście "ani kroku bliżej", zrezygnował. Wyszło piękne słońce, więc porobiłem piękne zdjęcia. Potem posiedziałem sobie z piwkiem na balkonie. Zachód mogłem obserwować również z balkonu, ale fajniej było przejść się nad samo morze, bo przez odpływ uciekło jakieś 40 metrów. Zdjęcia też przepiękne. Na plaży jakiś Rosjanin wziął mnie za krajana (może to tłumaczy, czemu Taje biorą mnie za chodzący bankomat). Przeszedłem się miasteczkiem - jedna główna ulica - trochę zaczepiali, ale głównie sklepy z garniturami. Tutaj tanio szyją. Zastanawiałem się wcześniej nad tą opcją, ale z reklam tylko wynikało tanio, a zresztą jakbym to zabrał. Koło jednego z barów powitało mnie owacyjne 'wow' kilku Tajek (tych bardziej rozrywkowych) - pewnie pierwszy turysta od tygodnia;-). Dalej dwóch gości wzięło mnie za piłkarza, gdy skojarzyli kraj. Kolacyjka na tarasie Beer House (typowo pod Niemców robione) z widokiem na morze, w podmuchach wieczornej bryzy.

Tsunami

Pewne znaki dość szybko zburzyły moje poczucie zrelaksowania z racji przybycia nad bajeczną plażę. To jest coś, z czym nigdy nie miałem do czynienia i nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek będę miał. Znaki wyrażały się dość jasno - wchodzisz do strefy zagrożenia tsunami.
Spytałem Berndta, czy to faktycznie jest jakieś zagrożenie, czy te znaki są na wyrost. Okazało się, że poprzedniego dnia było zagrożenie tsunami. Spowodowało je trzęsienie ziemi w okolicach Sumatry 7,5 w skali Richtera (nawet dla mnie nie-eksperta wydało się to sporo). Podobno od czasu powiadomienia jest 45 minut na ewakuację. Wszędzie w okolicach plaży są strzałki wskazujące kierunek ewakuacji. Najdziwniejsze jest to, że nikt nie wiedział, jak wygląda sygnał alarmowy - wczoraj go nie było, a Taje tylko wzruszali ramionami. Mając na uwadze możliwość wystąpienia wstrząsów wtórnych raczej średnio komfortowo się czułem.
Przy okazji spaceru plażą dotarłem do miejsca upamiętnienia ofiar największego tsunami historii z 26 grudnia 2004 roku, tzw. Sumatra-Andaman earthquake. Epicentrum było też w okolicach Sumatry, a siła 9,0, później skorygowana na 9,3. Wywołało to falę tsunami o wysokości 5-12 metrów. Energia wręcz niewyobrażalna.
Zanim położyłem się spać, wszystko miałem tak spakowane, żeby w razie czego w 30 sek. wyjść z pokoju (jeśli w magiczny sposób pojawiłby się sygnał alarmowy). Kolejny raz doceniłem podróżowanie z minimalną wagą bagażu; w zależności od tego, które buty miałem założone, było to 8,5 lub 10kg. Leżąc sobie zastanawiałem się, jaka jest natura takiej fali tsunami: czy morze podnosi się wolno do 12m, czy może jest to fala łamiąca się. Ponieważ jest to ląd, to stwierdziłem, że raczej łamiąca. Miałem pokój co prawda na 2 piętrze, ale ewentualne uderzenie wody raczej wyrwałoby budynek z fundamentami. Wschłuchałem się w szum fal i przełączyłem się na przyjemniejsze myśli. W nocy przyszła potężna ulewa, a morze w wyniku przypływu znów wróciło pod mój balkon. Całe wręcz huczało. Siły przyrody można jedynie podziwiać.
Dopiero po powrocie do BKK wyczytałem, jak duże to było zagrożenie. Jest nawet wpis w Wikipedii. Nie było to 7,5 a 8,4 i faktycznie największe trzęsienie w 2007 roku.

Kamala Beach

Jak powiedziałem, tak też zrobiłem. Rano wylogowałem się z hotelu i udałem się w kierunku terminala autobusowego. Po drodze jeszcze odwiedziłem biuro TAT, żeby zdobyć cenne informacje o zakwaterowaniu. Wyglądało na to, że miejsc jest sporo i ceny porównywalne. Okazało się, że songthaew'y jednak nie odjeżdżają z terminala autobusowego, mimo wyraźnych informacji w oficjalnym przewodniku, tylko z innego miejsca w mieście (bo to pierwsza sobiepańskość).
Tutaj songthaew ma swój specyficzny koloryt. Dla przypomnienia - jest to ciężarówka przystosowana do wożenia ludzi. Z tyłu wstawia się po prostu ławki i już jest tzw. local bus. W Phuket udaje im się wstawić aż trzy ławki, równoległe do kierunku jazdy, co sprawia, że jest raczej dosyć ciasno. Wgramoliłem się jednak jakoś z plecakami, bacznie obserwowany przez lokalnych (innego białego w busie nie było).
Po 10 min. ruszyliśmy. Tutaj nie ma czegoś takiego jak rozkład jazdy, więc raczej mi się udało. Najczęściej chyba rusza, gdy już się zapełni ludźmi. Ciężarówka miała pewnie z 30 lat. W każdym razie hałasowała strasznie, biegi ledwo wchodziły, czarnych spalin co niemiara.
Choć plaża Kamala miała być ostatnim przystankiem, to całą drogę starałem się śledzić na mapie, gdzie jestem (tutaj żałowałem, że nie mam GPS). Gdy już było dość blisko, spytałem kierowcę, żeby zatrzymał się przy jakichś pensjonatach. Po chwili zatrzymał się i pokazał mi, gdzie mam iść. Zapłaciłem (całe 30B hihi) i wysiadłem... w raczej mało zamieszkałym miejscu. Rzut oka na punkty charakterystyczne w terenie i już wiem, że wysadził mnie za wcześnie (k..., już to kiedyś przerabiałem).
Gdy stałem nad mapą, podjechała jakaś czarna honda. Gość pyta, czego szukam. Wspomniałem mu o pensjonacie Benjamin - jego opis w Lonely Planet wydawał się najbliższy moim oczekiwaniom. Gość zaoferował, że mnie podrzuci, mimo że jechał w zupełnie inną stronę. Okazał się być Szwajcarem, a najlepszy numer z tego wszystkiego, że rok temu też kierowca go wysadził w tym miejscu, dużo przed właściwym miastem. Musiał się wtedy przejść co nieco plażą. Żeby jeszcze dolać oliwy do ognia, songthaew przejeżdża dokładnie koło tego pensjonatu, więc kierowca musiałby być ślepy, żeby tego nie zauważyć, ale on oczywiście "nie wiedział", gdzie to jest. Może już jestem uprzedzony, ale tego wcześniejszego wysadzania i ściemniania, że tutaj właśnie chcieliśmy dojechać, nie potrafię inaczej nazwać niż perfidna złośliwość Tajów tylko dlatego, że podróżujemy tanimi środkami transportu publicznego zamiast wspierać lokalną mafię taksówkową.
Berndt (Szwajcar) podwiózł mnie pod sam pensjonat. Mieszka już na Phuket jakiś czas. Dał parę wskazówek, gdzie szukać zakwaterowania, gdzie dają dobre śniadanie. Ostatnio muszę przyznać, że podczas podróżowania sprzyja mi niesamowite szczęście. Jak tak pomyśleć, to wystarczy niewielkie przesunięcie w czasie, żeby stracić super okazje.
W pensjonacie pytam o pokój, podaje parametry. Pani mało przekonująco pyta, czy chcę zobaczyć pokój, nie dowierzając, że chcę zapłacić aż 700B. Gdy tylko zobaczyłem, wiedziałem, że to jest to: dwie ściany prawie całe przeszklone z otwieranymi drzwiami, balkon w fotelikami i jakieś 10m dalej morze:-) Być może było coś lepszego, ale szkoda było czasu na szukanie. Zaryzykowałem, ale znów mi się udało, bo po przejściu całej plaży stwierdziłem, że nie ma w moim subiektywnym odczuciu lepszego miejsca.

środa, 12 września 2007

The Beach (2000)

Wspomniałem już o tym filmie, w Polsce znanym pod tytułem Niebiańska plaża. On On Hotel widziałem. Nie udało mi się jednak dotrzeć na wyspę, na której kręcili te piękniejsze ujęcia - Ko Phi Phi. Na wyspę można dopłynąć z dwóch znanych miejsc: Phuket i Krabi. W obu przypadkach płynie się ok. 40km statkiem (jakieś 1,5h). Ceny nie były najniższe, ale jeszcze znośne. Co ciekawsze, dużo droższe były połączenia z powrotem jeszcze tego samego dnia. Ciekawiej byłoby tam nocować, ale nie zdążyłbym na samolot. To nie był jednak jedyny argument przeciw. W kafejce spotkałem grupę mocno zdegustowanych Niemców - wybierali się na Phi Phi, a według prognoz przez następne 5 dni miało bez przerwy padać. Zrezygnowałem więc z niebiańskiej plaży, żeby się nie zawieść i postanowiłem jechać na zachód wyspy. W końcu coś trzeba sobie zostawić na ewentualną kolejną wizytę ;-)

Back to kindergarten - Phuket

Tytul nieprzypadkowy. Wiec znow w Tajlandii, choc na razie na wybrzezu andamanskim. Przelot ponownie AirAsia, cena ponownie w okolicach 120zl.
Wyladowalem w Phuket. Miejsco co nieco znane, ale mam obawy, ze przereklamowane. Co za miasto! Znow ten sam meczacy burdel, co z Bangkoku. Miasto nie ma nic do zaoferowania poza paroma fajnymi budynkami z czasow kolonii portugalsko-chinskich (taki tez styl architektury sino-portugal). Mimo wsparcia sie TAT ponad 2 godz. zajelo mi znalezienie sensownego jakosciowo hotelu (najpierw szukalem sensownego cenowo - same nory). Jesli ktos ogladal The Beach z Leonardo di Caprio, to wlasnie tu jest ten slynny On On Hotel. Zostalem tu chyba z rozpedu. W Imeperial Hotel zaplacilem 2x wiecej niz do tej pory przywyklem.
Na zachodzie wyspy sa piekne plaze. Chyba wyloguje sie z hotelu jutro i z rana tam pojade z bagazami. Domek na plazy... w koncu dla plaz tu jestem, a nie smierdzacego miasteczka. Do tego dra z turystow ile wlezie. Tam wiekszy wybor powinien byc, a ceny wbrew pozorom nie wyzsze. Musze tylko sprawdzic droge ewakuacji na lotnisko.

wtorek, 11 września 2007

Malezyjczycy

Tak jak napisalem, Malezja swoja podmiotowosc uzyskala dopiero 50 lat temu. Religia dominujaca jest Islam. Nawiasem mowiac, ciekawe jak tak rozne religie zostaly przyjete na malym obszarze: Malezja, Indonezja - Islam, Filipiny - Chrzescijanstwo, pozostala wiekszosc - Buddyzm. Wiem, ze to kwestia przyzwyczajenia, ale to dziwne jak tak wiele osob dookola chodzi zamaskowanych. Nawet kobiety w mundurach mialy pod czapkami chusty na glowach. Do tego ludzie w wiekszosci o ostrych rysach twarzy, bardzi ciemna skora (Hindusi). Wszystko to razem sprawia, ze z zewnatrz Malezyjczycy nie wydaja sie przyjazni.
W istocie to sa strasznie gadatliwi. Co ktos mnie na dluzej zaczepil, to trudno bylo skonczyc w mniej niz 5 min. Fakt, ze ze zwiedzonych krajow tu angielski jest najlepszy (dziedzictwo kolonijne zobowiazuje). Rozmawial kazdy, nawet sprzedawcy. Rekordzista byl jednak moj przewodnik po dzungli wokol KL Tower - taki maly rezerwat tam maja, nawet malpy sa. Gosciowi po prostu usta sie nie zamykaly, gadal jak najety (mialem pecha, ze sam zglosilem sie na darmowy tour).
Nazywaja siebie narodem, ale to tak naprawde nie sa jednoloci. Jeden z moich rozmowcow okreslil to jako 3 spolecznosci, ale to w istocie narody: Malay, Chinese, Hindu. Malezja w ogole jest zlokalizowana na 2 wyspach, a z mapy wyglada jakby odleglosc miedzy wyspami byla wieksz niz dlugosc wysp. Ludzie z zachodu nie rozumieja wiec wschodu. Pytalem czy spolecznosci sie nie mieszaja - generalnie nie, bo zasada jest, ze maz przejmuje religie zony, ale nie wszystkie religie na zmiane pozwalaja.
Jeszcze co do porzadku, to raczej niespecjalnie sie nim przejmuja - na ulicach brudo jak w Londynie. Samochody glownie ich wlasnej produkcji - Proton. Taksowki w fatalnym stanie technicznym - najtansze protony sprzed kilkunastu lat (albo taki staromodny design).

Petronas Twin Towers

Tylko przez te atrakcje znalazlem sie w KL. Obecnie jest to niestety dopiero drugi najwyzszy budynek na swiecie, ale gdy sobie ubzduralem wizyte w tym miejscu, to byl najwyzszy.
Poprzedniego dnia wybralem sie wieczorem na Merdeka Square, czyli Plac Niepodleglosci. Na tym placu 50 lat temu Malezja oglosila niepodleglosci i przestala byc kolonia brytyjska (dokladnie 31 sierpnia, wiec otarlem sie doslownie o uroczystosci rocznicowe). Glowna atrakcja to najdluzszy na swiecie maszt (100m), na ktorym powiewala flaga Malezji.
Wjazd na Petronas Towers (PTT) jest darmowy, trzeba jednak byc odpowiednio wczesnie, aby dostac jeden z limitowanych biletow. Bylem wiec u stop wiez juz przed osma rano, a tam calkiem spora 3x zawinieta kolejka. Kazdy otworzyli dopiero o 8:30. Udalo mi sie jednak dostac bilet na 9:30. Tego dnia bilety skonczyly sie ok. godz. 10:00.
Zwiedzanie zaczyna sie od obejrzenia trojwymiarowego spotu reklamowego firmy petrochemicznej Petronas. Potem wjazd na gore. Publicznosc wpuszczaja najwyzej na SkyBridge, zawieszony na pietrach 41 i 42. Calosc ma troche ponad 80 pieter. W Bangkoku bylem wiec nieco wyzej - 84 pietro, ale oczywiscie pietra moga byc roznej wysokosci. Skybridge robi takie sobie wrazenie - nie jest az tak wysoko. Sam most ma ponad 50m, ale tego sie nie czuje. Sesja zdjeciowa i po 10min. trzeba jechac na dol, bo kolejna grupa czeka. Potem mialem jednak okazje obejrzec sobie dokladnie muzeum i poznac tajniki PTT. Nie wiedzialem, ze sama konstrukcja ma takie odzwierciedlenie w Islamie. Malezja to kraj Muzulmanski i widac to chyba bardziej niz w Turcji.
Same wieze ROBIA NIESAMOWITE WRAZENIE. Mam "pare" zdjec, zobacze, na ile oddaja rzeczywistosc. PTT mozna ogladac z kazdego kata i jest to naprawde istny cud architektury.
Niedaleko jest akwarium, podobno najwieksze, zawsze jest to kwestia kategorii. Tutaj chodzilo chyba o liczbe gatunkow. Najciekawszy jest jednak tunel pod duzym zbiornikiem, gdzie mozna ogladac brzuchy rekinow. Trzeba bylo jednak uwazac na tlumy zabandazowanych dzieciakow, ktore w ramach lekcji biologii zapominali o ograniczeniach fizyki.
Po akwarium z atrakcji zostala jeszcze wieza telekomunikacyjna KL Tower, czwarta na swiecie (pierwsza CN Tower w Toronto, ktora mialem okazje nawiedzic). Zbudowana wczesniej niz Petronas Towers, konczy sie jednak od nich wyzej - zbudowana zostala po prostu na wzniesieniu.
Z braku innych atrakcji w KL (temu mlodemu miastu tego akurat brakuje) wieczorem znow znalazlem sie pod PTT (w koncu zobaczenie tego wieczorem, to tez atrakcja). Obszedlem jeszcze najwieksze centrum handlowe zlokalizowane u podstaw PTT. Z ciekawostek, miesci sie tam rowniez filharmonia. Na kolacje specjalnosc lokalna Nasi Lemak w najbardziej obleganej restauracji. Obowiazkowo nocne zdjecia Petronas. Blogo :-D

poniedziałek, 10 września 2007

Truly Asia

Znawcy filmu tudziez szperacze zapewne juz rozkodowali, ze wybieram sie do Malezji. Haslo z tytulu jest ich haslem marketingowym, choc dopiero gdy zobaczylem to na miejscu skojarzylem z ich spotami na CNN.
Z Kambodzy do Malezji mialem zabookowany bilet w AirAsia. Mialem mieszane uczucia, co do tych linii, bo w zasadzie sa najtansi na swiecie i np. nie nadaja miejsc do siedzenia w samolocie - kazdy bierze po kolei, co wolne (a w sumie nawet jak numeruja, to mamy jeszcze mniejszy wplyw na wybor sasiadow podrozy). Bylem wiec niesamowicie zaskoczony, gdy po plycie lotniska szlismy w kierunku ladnie na czerwono wymalowanego airbusa A320. W srodku kolejne zaskoczenie: swiezutki, mozna bylo jeszcze wyczuc zapach skory, choc nie chce mi sie wierzyc, zeby kladli skorce na siedzenia - choc na pewno byla to niezla imitacja. Co do ceny - smieszna wrecz. Zaplacilem chyba niecale 130 zlotych - to jest cena koncowa! Smiesza mnie te wszystkie promocyjne bilety serwowane przez linie europejskie, ktore sa nawet drozsze bez dodatkowych oplat. Inna sprawa, ze zdziercy z Kambodzy skasowali dodatkowo 25USD oplaty wyjazdowej, ale to dotyczyloby kazdej linii. Z miejscem nie bylo tak zle, uklad siedzen 3+3 i mialem cale 3 dla siebie. Pasazerownie to glownie biali i Japonczycy.
Ladowanie w Kuala Lumpur (KL) bylo najgorszym jakie do tej pory mialem. Jeszcze mi sie nie zdarzylo, zeby samolot 2 razy odbil sie od nawierzchni, tak jakby 2m nad ziemia stracil ciag i spadl; mialem wrazenie, ze zaraz postawi go bokiem (pare kobiet niezle sie nakrzyczalo). Tak przy okazji mi sie pozniej nasunelo, ze pewnie latwiej kupic dobry samolot niz dobrego pilota. A tak zupelnie na marginesie - pewnie to subiektywne odczucie, ale najdelikatniej laduja polscy piloci.
Malezja na lotnisku wydala sie malo przyjazna. Wszedzie dookola straszyli karami za przemyt (islamskie surowe restrykcje). Nawet za szampon trzeba placic clo. Kara 20.000zl grozi za import lekow bez zgody, a ja ze soba mialem calkiem spora apteczke... Do tego w plecaku orzeszki, a wiec nasiona. No i talk, tez pod embargiem. Nie mowiac o piersiowce. Zanim jednak zaczalem sie zastanawiac, co tam jeszcze nielegalnego mam, po prostu ruszylem na pewniaka na bramki i wszystko przemycilem;-)
KL International Airport jest na tyle uciazliwy, ze zlokalizowany 70km na poludnie od KL. Dojazd wiec to 75min autokarem lub 28 szybka koleja. Wybralem 4x tanszy bus, tym bardziej, ze AirAsia laduje na LCCT - Low Cost Carrier Terminal. Jest on po drugiej stronie pasa startowego, ale autobusem trzeba jechac 20km. Szybszy byl wiec bus od razu z LCCT do centrum KL. Za dodatkowa oplata minivan dowiozl mnie pod hotel.
Hotel mialem zarezerwowany miesiac wczesniej. Royale Bintang, przy slynnej Bukit Bintang, cztery gwiazdki, centrum miasta, niedaleko jednotorowej kolei powietrznej KL Monorail. Normalnie dalbym niecale 3 gwiazdki: brudny dywan, nieco wyeksploatowany sprzet. Bylo jednak dobre sniadanie, sejf w pokoju no i cena ~150zl za noc wydawala sie atrakcyjna. A najlepsze z tego wszystkiego, ze zgodnie z prosba dostalem okno (12. pietro) z widokiem na Petronas Twin Towers:-)

niedziela, 9 września 2007

Khmerzy

Mieszkancy Kambodzy generalnie robia dobre wrazenie. Nieco inaczej na nich spojrzalem po wizycie w Landmines Museum i krotkiej lekcji ich historii. Biorac pod uwage, ze dopiero od 10 lat cos tu sie moze w ogole rozwijac, to zrobili niezly postep. Bez problemu dogaduje sie po angielsku, pierwszy lepszy sklep wyposazony lepiej niz najlepszy w Tajlandii: normalny "polski" chleb,
Dzieciaki na maksa upierdliwe. Mozna 1000 razy powiedziec nie, a i tak dupe truja, zeby cos kupic. Wkurzaja wszystkich. Nie odpowiesz, marudza, odpowiesz, dopasowuja gadke. Jedna dziewczyna nawet do 6 po polsku potrafila liczyc. Powiedzialem dalsze cyfry - wyjela notes, zanotowala w swoim pismie.
...
Kurcze, pieprze, chcialem cos wiecej zapisac, ale juz jestem caly mokry, komary mnie opadaja, a wole zywy stad wyjechac.
Next step: Entrapment.

Angkor Wat

Wreszcie perelka. Faktycznie robi niesamowite wrazenie. Widzialem tylko co nieco o wschodzie, ale do srodka nie wchodzilem. Tak jak na wiekszosc swiatyn starczalo ok. 1h, to tutaj spedzilem 4,5h. Staralem sie dosc dokladnie przewedrowac kazdy korytarz. Calosc robie naprawde niesamowite wrazenie. Nie bede opisywal - mozna znalezc w wiekszosci przewodnikow. Latwiej bedzie opowiedziec przy okazji zdjec. W kazdym razie, zeby wyrobic sobie odpowiednie wrazenie, trzeba to po prostu zwiedzic!
No i dzis jechalem sobie wreszcie rowerkiem. Ciezki goral niestety, szerokie opony, ale zamiast tego mialem do wyboru zwykla koze.
Dzis wylale kolejne litry potu. Naprawde tu trzeba przywyknac do ciaglegy bycia mokrym. Nawet teraz gdy siedze przy kompie w nieklimatyzowanym pomieszczeniu to po prostu kapie ze mnie. Do tego wkurzaja komary, ktore lataja mimo wypsikania. Warunki o niebo gorsza jak w Tajlandii. Tak pocielem sie dotychczas tylko w saunie. Koszula po dniu zwiedzania jest wykrochmalona sola. Dobrze, ze tylko na 3 dni sie zdecydowalem.

sobota, 8 września 2007

Angkor Grand Tour

Grand, ze wzgledu na nazwe trasy oraz na faktyczna liczbe i wielkosc zwiedzonych swiatyn.
Zaczalem bardzo wczesnie rano - o 5:00 czekal juz na mnie tuk-tuk, zeby zdazyc na wschod slonca w Angkor Wat. [shit, znowu komar mnie urabal podczas pisania, a tu taka epidemia dengi, ze krwi brakuje]. Zauwazylem, ze wszyscy chyba tak robia, bo tlok byl wiekszy niz po wczorajszym zachodzie.
Potem objazd swiatyn: Pre Rup, Banteay Srei, Banteay Samre, East Mebon, lunch, Ta Som, Prasat Neak Pean, Preah Kean. I potem wreszcie w hotelu.
Wieczorem wyjscie na miasto na glowna ulice - Pub Street. Calkiem cywilizowane miasto. Czuc sie mozna jak w typowym kurorcie.

piątek, 7 września 2007

Angkor Thom

Na zwiedzanie wybralem sie jak najwczesniej, gdzies 7:30 z pensjonatu. Zgodnie z sugestia wlasciciela wynajalem tuk-tuka za 10usd za dzien. W sumie to calkiem wygodne rozwiazanie - ja chodze po swiatyniach, on sie nudzi, a potem zawozi mnie do nastepnego celu.
Teraz dopiero wiem, jakie to wszystkie niewyobrazalnie wielkie. Swiatyn jest cala masa, odleglosci miedzy poszczegolnym czasem sa dosc spore. Angkor Wat, czyli ta najbardziej znana swiatynia/grobowiec, to tylko jedna z wielu.
Przez caly park Angkor prowadzi kilka drog, w tym przynajmniej jedna krajowa. Na szczescie wszystkie asfaltowe. Ruch jak cholera. Tuk-tuki, lokalne rowery, autobusy z Japonczykami i Koreanczykami ciezarowni z czym sie da.
Dzis zaczalem od Angkot Thom - kompleks z wieloma swiatyniami:
  • Bayon - najfajniejsza, mala, ale duzo zakamarkow i wchodzi sie na kilka poziomow
  • Terrace of the Leper King - hihi
  • Terrace of the Elephants
  • i pare pomniejszych (z ograniczonego czasu nie wymienie na razie)

Koniec dnia to zachod slonca na Phnom Bakheng. Kurde, fenomen - takie masy tam draluja, ze szok. Zastanawialem sie, jak duza jest ta gora i czy wszystkich pomiesci. Wchodza na gore, a tam swiatynia. Tuz przed zachodem byla faktycznie na maksa obklejona turystami z aparatami. Problem byl oczywiscie z szybka ewakuacja, bo schody strome i wysokie. Ale nie bylo w sumie tak zle. Niesamowicie jak szybko ciemno sie zrobilo.

czwartek, 6 września 2007

Good morning... Cambodia

No nie do konca morning, ale tak jakos mi sie skojarzylo. Wiec TAK - jestem w Kambodzy. Poprzednio dalem wskazowki - chodzilo oczywiscie o Lare Croft i Thomb Rider, gdzie czesc filmu byla krecona w Angkor Wat. I to wlasnie ten cud architekrury sciagnal mnie w te rejony.
Z Bangkoku wylecialem najbardziej pstrokatym samolotem. Na szczescie dobrze znany ATR72, wiec bez obaw. Ladowanie w Siem Reap po godzinie lotu. Z gory widok zatrwazajacy: zadnej drogi asfaltowej, same czerwonoziemne, a dookola wszedzie mokro. Skojarzylem, ze to pola ryzowe, wiec moze byc mokro. Lotnisko w Siem Reap jeszcze mniejsze niz w Innsbrucku, z samolotu idzie sie na piechote.
Musialem najpierw postarac sie o wize. Maja tez mozliwosc aplikowania o e-wize w Internecie, ale biora dodatkowo 5USD i kaza placic przez paypal (no way!). Urzednik na lotnisku zawolal 1000baht. Nie zgadzala mi sie kwota, wiec powiedzialem, ze chce placic w dolarach. W dolarach bylo 22. Nie zastanawiajac sie wiele wypalilem, ze oficjalna oplata jest 20usd, publikowana na stronach. Gdy zaczalem za duzo mowic, gosc cichutko powiedzial ok, pewnie zeby inni sie nie dowiedzieli, ze chcial mnie orznac. Dalej - nie do wiary - policzylem: w rzedzie siedzialo 14 urzednikow i kazdy po kolei podawal sobie moj paszport. Wreszcie doszlo do najstarszego. Podpisal, usmiech, welcome.
Na lotnisku juz czekal na mnie kierowca z pensjonatu. Myslalem, ze bedzie taksowka. Ano byla, ale taka lokalna: motocykl z przyczepa, zwane rowniez tuk-tuk.
Drogi nieco gorsze jak w Rumunii. Wszedzie pelno czerwnego pylu. O dziwo jezdza po prawej stronie. Kierownice mozna miec jednak po lewej lub prawej. Mozna miec zarejestrowany samochod, ale mozna jezdzic bez blach. Wiekszosc srodkow lokomocji to motory (na szczescie czterosuwy, wiec ciszej jak w Bangkoku). I oczywiscie prawo wiekszego.
Mom's guest house jednak niczego sobie. Ladny wystroj, czysto, klima. Cool!

Next steps

Późno znów coś się zrobiło... Wrzuciłem choć parę zdjęć, żeby było w miarę na bieżąco. Reszta nieco później. Kontynuując motyw filmowy udaję się na spotkanie Lary ;-)

środa, 5 września 2007

Most na rzece Kwai (1957)


II Wojna Światowa nie bez przyczyny nazywała się światową. Faktycznie nawet w Tajlandii widać namacalne skutki działań wojennych, przede wszystkim w zakresie działań konstrukcyjnych Japończyków.

Erewan Waterfalls



Pięknie, pięknie, pięknie...

wtorek, 4 września 2007

Przyczajony tygrys, ukryty smok (2000)


Tiger Temple... i wszystko jasne.

Kanchanaburi

Do tej prowincji ściągnęły mnie (i częściowo również zatrzymały) trzy rzeczy opisane w kolejnych postach. Miałem tu być jeden dzień, potem jechać do Pattaya. W zasadzie to, co chciałem zobaczyć w Pattaya, zobaczyłem tutaj, a do tego przyroda chociaż przyjemna, więc zostałem. W jeden dzień wszystkiego tu bym nie zwiedził - wszędzie dziesiątku kilometrów.
Gdy rozglądałem się za transportem z nieba spadł mi kierowca ciężarówki z czterema kobietami. Gdy usłyszeli, dokąd jadę, piękną angielszczyzną usłyszałem, że jedziemy w to samo miejsce. Były to matka z córką z Australii (Brisbane!) oraz dwie siostry z Holandii. Jedna krąży już po świecie od 5 miesięcy - ludzie to mają czas.

poniedziałek, 3 września 2007

Ostatki Bangkoku


Jednak zmiana planów. Chciałem jechać w jedno fajne miejsce z dwóch, na dwa dni. Lokalni spytali dlaczego mam z któregoś rezygnować - lepiej pojechać w oba miejsca (przypomniała mi się opowiastka o chińskim osiołku, MP). Może i racja. Zanim jednak ustaliłem szczegóły logistyczne i zważywszy, że to miały być wypady jednodniowe, to stwierdziłem, że dziś zrobię, to co miałem zrobić w środę, a jutro bardzo wcześnie wstanę.
To co zostało na dziś: Wat Trimirit - miał być 5,5-tonowy złoty Budda. Dużej figurki nie należało się spodziewać ze względu na duży ciężar właściwy złota, ale... chyba go schowali. Słaby wat.
Niedaleko było China Town. Chyba już mi się znudziło łażenie po ulicach.
Potem skok ponownie metrem do Silom, do Lumphini Park. Zdjęcie króla i dalej BTS do Chi Lom. Dalej do celu podróży przy centrach handlowych, po drodze bandy wkurzających taksiarzy, tukarzy i motorowców - jakbym chciał jechać, to bym nie szedł, wrr.
Gwóźdź programu to Bayoke Sky Hotel. Najwyższy budynek w Tajlandii, wg niektórych rankingów najwyższy hotel na świecie, choć budynek dopiero 28. Można obserwować Bangkok z 84. piętra! Dopiero z góry widać, jak zakręcone tutaj są autostrady.
Parę szczegółów będzie jednak istotne. Za wjazd płaci się 200B, a nie 120B jak pisze Lonely Planet (ta inflacja). Pierwsza winda jedzie na 77. piętro, czeka się na nią nawet 5 minut, ale jest przezroczysta i daje to niesamowity efekt, gdyż jedzie dość szybko. Nie róbcie jednak zdjęć na 77. piętrze (szyby nie myte od dawna), tylko jedźcie od razu na 83. piętro kolejną windą (tych jest wiele). Tam wychodzi się na obracającą się platformę na 84. piętrze (niezabezpieczona od góry).
I kolejna rzecz, breaking news dla użytkowników wind w Collegium Altum. Jadę sobie i jakaś pani z głośników ogłasza, że jest to winda specjalnie zaprojektowana przez LG, żeby mogła bez przeszkód wjechać na 77 piętro. Odwracam się i te same cyferki pokazujące piętra, co na AE, tylko trochę wyższe numery rzecz jasna. Tak samo winda zamyka się za wcześnie przytrzaskując wsiadających. Tak samo niektóre diody się nie palą. Mają jednak o tyle lepiej, że do Korei stąd jest znacznie bliżej i części nie muszą płynąć statkiem (BTW, mam nadzieję, że windy w Altum naprawili; LG mogłoby w końcu zrobić jakieś specjalne windy odporne na eksploatację przez studentów).
Dwa nowe środki transportu, tj. metro i autobus, dołączyły do kolekcji.

Pora spać

Właśnie. Chciałem jednak wrzucić na sieć wszystko to, co napisałem. Burza rozpętała się teraz jakiej jeszcze nie było, więc tym bardziej powinienem znikać.
Tylko nie przeczytajcie wszystkiego od razu. Chwilowo będę poza siecią. Muszę jedynie rano jakoś sensownie wstać.

niedziela, 2 września 2007

Chatuchak Weekend Market

Na dziś nie było specjalnych planów, raczej dzień chciałem potraktować ulgowo, aby nabrać sił na dalsze wyprawy.
Przy stacji Mochit jest ogromne targowisko, czynne tylko w weekendy. Wiedziony nieco ciekawością, nieco chęcią zrobienia paru zakupów, trafiłem na plac boju. Nie byłem wprawdzie na Stadionie Dziesięciolecia, ale jeśli chodzi o rankingu wielkości w Azji, to Bangkok na pewno jest ciut wyżej niż stolyca.
Muszę przyznać, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony (chociaż może to moje oczekiwania już tak nisko upadły). Przede wszystkim było czysto, ludzi sporo, ale bez przesady, można było się jakoś poprzeciskać, niesamowita różnorodność towarów. Trudno było znaleźć wiele stoisk o podobnym profilu, a stoisk jest podobno 9.000! W każdym razie nie dałem rady obejść wszystkiego. Najważniejsze: towar przedstawiał sobą jakąś wartość.
Tutaj nasunęło mi się porównanie do Wielkiego Bazaru w Istambule. Tam niestety królowała tandeta, bo jakoś nie byłem w stanie znaleźć czegoś, co wpadłoby mi w oko. W Bangkoku jest też na pewno więcej stoisk i towar bardziej różnorodny. Dużo stoisk z tajskimi produktami, przede wszystkim jedwab, w najróżniejszych kolorach, splotach, jako narzuty czy bluzki; najróżniejsze wyroby drewniane, porcelana, szkło, lampy, kamienie, kwiaty, figurki Buddy, do owoców nawet nie doszedłem, wybór powalający. A, nie wymieniłem najróżniejszych stoisk z podróbkami - jeansy, koszule, bluzki, buty - to mnie akurat nie interesowało (kupiłem jednak większy plecak Wolfskina za niecałe 50zł, ale tylko dlatego, że potrzebuję). Była nawet część ze zwierzętami, widziałem głównie koty, psiaki i króliki. I tutaj kolejna ważna różnica, która niewątpliwie zdecydowała o komforcie zakupów: sprzedawcy nie są nachalni. Turysta ma czas wszystko obejrzeć, bez obaw, że zaraz obskoczy go kilku kolesi i zacznie coś wciskać. Targować się też można było, z jednymi łatwiej, z innymi bez sukcesu, choć przy niektórych cenach głupio byłoby zbijać cenę. Żałuję, że mam 20kg na bagaż, bo można było naprawdę wiele fajnych rzeczy kupić. Ograniczyłem się do minimum, ale podejrzewam, że i tak będę miał przeprawę przy odprawie.
Po 4 godzinach krążenia stwierdziłem, że starczy. Ponieważ już sporo ze sobą targałem, stwierdziłem, że wat ze złotym Buddą odwiedzę kiedyś indziej. Niedaleko było do vana i po 40 minutach byłem u siebie.

sobota, 1 września 2007

Siam Paragon

Ok, koniec łażenia na dziś. Łódka do centralnego nabrzeża, stamtąd BTS do Siam Central i schronienie w centrum handlowym - Siam Paragon. Najpierw trzeba było coś zjeść - znów cały dzień tylko na wodzie. Już od rana wiedziałem, że będę jadł pizzę (to przez Pizza Hut), ale w końcu trafiłem do innej pizzerii. Pizza z krewetkami, ananasem i sosem tysiąca wysp wyglądała zachęcająco. Chwalili się włoskim stylem, ale pizza była generalnie na słodkim cieście, a sos faktycznie z 1000 wysp, bo żaden smak nie dominował.
W centrum starają się naśladować Europę. Obecnie trwają niby wyprzedaże (do jutra), ale dotyczy to zazwyczaj jednego regału czy wieszaka z 20 lub więcej innych (tu się muszą nauczyć). Poza tym mają nową kolekcję na jesień i zimę, tak jakby takie pory roku tu występowały. Ceny wyższe jak w Poznaniu, więc sumarycznie to bardzo mała motywacja do kupowania.
O 19:30 BTS do Mochit, potem van do AIT.

Wat Arun


Z powodu nagromadzonych zaległości czasowych pominąłem National Museum. LP sugeruje zobaczyć tam karety pogrzebowe. Zresztą i tak wolę architekturę, zbiory starych rzeczy w większości są nudne.
Kolejnym punktem było więc Wat Arun. Polecali zwiedzać wcześnie lub późno, żeby uniknąć tłoku. Pora była więc doskonała. Z N12 dopłynąłem do N8 (Tha Tien) za 13B. Stamtąd trzeba było wziąć prom na drugi brzeg; 3B za przeprawę.
Sama świątynia ciekawa (kasowali po 50B), w stylu khmerskim. Szczególnie atrakcyjne jest bardzo strome wejście na chedi - centralna część, nie wiem, czy to nazwać wieżą, obeliskiem...

Muzeum królewskich barek

W Lonely Planet była o tym wzmianka, więc też wpisałem sobie do planu. Było prawie po drodze - na piechotę musiałem dojść do Tewes Pier (N15, czyli 15 przystanek na linii północnej; bardzo wygodne oznaczenie, podobnie jak BTS). Okazało się to nieco dalej niż myślałem, ale jakoś nie chciało mi się targować z kolejnym palantem.
Na nabrzeżu próbowałem się dogadać, do którego nabrzeża najlepiej dopłynąć, bo barki na mapie były między N11 i N12. Każde było dobre... czemu nie wierzyłem. Okazało się jednak, że na N11 nie mogę dopłynąć, bo zwykłe łódki nie kursują w weekend. To co mi baba przytakuje na N11, żenada. Więc jej pokazuję i pytam i teraz nagle N10 okazało się lepsze. W weekendy kursują tylko łódki ekspresowe (pomarańczowa flaga), co warto brać pod uwagę przy planowaniu, bo nie wszędzie da się dojechać. Nie posłuchałem przekupy i wiedziony instynktem wysiadłem na N12 Phra Pin Klao.
Poszedłem w kierunku "gdzie to by mniej więcej mogło być." Po jakichś 200m - nie do wiary - drogowskaz. Kieruje na coś, co wygląda na ślepą uliczkę. Zwątpiłem, czy to ten skręt, bo tutaj czasem strzałki zamieszczają na 200m przed prawdziwym skrętem. Doszedłem uliczką do końca. Kolejna strzałka. Gdyby jej tam nie było, nigdy, ale to przenigdy bym nie pomyślał, że tamtędy trzeba iść. Ba, nawet, że tamtędy jest w ogóle bezpiecznie iść. Slumsy, nie bójmy się tego słowa. Wąskie, kręte uliczki, ludzie w zasadzie życie prowadzą na zewnątrz. Czułem się, jakbym co chwilę właził komuś do "domu". Występujące od czasu do czasu strzałki oraz brak wrogich spojrzeń ludzi utwierdzały mnie, że nie idę źle. Do tego dziesiątki leżących psów, na szczęście bez poczucia terytorialności. Tu i ówdzie ludzie próbowali nawet sprzedawać jakieś "jedzenie". W połowie jakiś "supermarket". Wszędzie nieśmiertelne ceratowe nakrycia stołów. Co dziwne, od czasu do czasu mijały mnie motory.
Wreszcie wylądowałem na jakimś nabrzeżu. Ok, a gdzie to muzeum. Okazało się, że minąłem, bo właśnie od dziś zamknięte. Shit. W środku byli jednak ludzie. Szoku doznałem, że jeden starszy gość mówił po angielsku. Zasugerował, że mogę zapłacić 20B za zrobienie zdjęć. No cóż, tyle się poświęciłem, to głupio wracać z pustymi rękoma. Spytałem, czy ta droga, którą szedłem, to nie jest jakaś zapasowa i czy mogę inaczej wrócić. Okazało się, że główna. Bogaci turyści podpływają bezpośrednio swoimi łódkami na prywatne nabrzeże. Hej, mistrze z Lonely Planet - może by jakaś wzmianka??
Muzeum(?) badziewne, nie polecam, chyba, że ktoś chce poznać uroki życia biedoty Bangkoku.

Anantasamakom Throne Hall & Vimanmek Mansion


Oj, długa nazwa. To są w zasadzie dwa najciekawsze budynki w kompleksie królewskim (można powiedzieć coś jak Buckingham). 100B kosztuje wejście na kompleks i dodatkowo 50B sala tronowa. Jaki fuks, że dokładnie tyle bahtów miałem w portfelu (baba w okienku nawet słowa bank nie rozumiała, dolarów brać nie chciała). Sali tronowej nawet z zewnątrz nie można fotografować, iść można tylko jedną ścieżką, bo inaczej gwiżdżą (generalnie gwizdka już "nie słyszę", bo go nadużywają tutaj). Żeby zwiedzić wnętrza, trzeba być poprawnie ubranym, zostawić wszystko inne, łącznie z butami rzecz jasna.
Anantasamakom trzeba koniecznie zobaczyć na własne oczy! Całość w stylu europejskim, bo ten król z początku XX wieku (nie napiszę nazwy, żeby Taje mnie nie googlowali) akurat miał bzika na punkcie Europy. Z pozytywnym jednak skutkiem. Wnętrze bardzo wysmakowane. Pod wieloma względami podobne do bazyliki: plan, kopuła na środku. Projektowali Europejczycy, głównie Włosi, marmur zresztą z Włoch ściągany. Naprawdę majstersztyk. Doceniłem, że zabrali mi aparat, bo chociaż skupiłem się na chłonięciu wnętrza, a nie szukaniu ujęć:-)
Po wyjściu wszedłem jeszcze do starszej sali tronowej. Bez rewelacji: mała, z kolekcją złoto-srebrnych drobiazgów królowej. Ominąłem z daleka wszystkie inne "wystawy" - żeby wszędzie nie trzeba było zdejmować butów, zostawiać plecaka itp., to może choć na chwilę bym zajrzał (ale do zdjęć króla? bez przesady).
Na końcu druga atrakcja terenu: Vimanmek Mansion. Jest to największy dom z teku (drewna, http://en.wikipedia.org/wiki/Teak), złożony bez jednego gwoździa. Przy wejściu był cały uratowany zobaczyłem napis "Exchange", w środku był bank i po całkiem znośnym kursie wymieniłem 150USD (ciekawostka: banknoty 50 i 100USD skupują po lepszym kursie niż drobne 5, 10, 20).
Przed wejściem pozbawili mnie wszystkiego, łącznie z komórką, obowiązkowe szafki za bezzwrotne 20B. Dalej wejście do ogrodu. Przed samym Vimanmek znowu buty do ściągania (nie, no ile można). Wnętrze takie sobie. Zmieniające się sztafetowo przewodniczki z dumą podkreślały, że wszystko z Europy. Nie po to jednak jechałem na drugi koniec świata, żeby oglądać niemieckie i włoskie wyposażenie wnętrz z początku XX wieku. Wydawało mi się, że słyszałem coś "from Poland", ale to pewnie było from "Holland" w ich angielskim. W ogóle grupa była za duża, szybko przeganiana. Po wycieczce można jednak było odzyskać aparaty i zrobić sobie zdjęcia.
Myląca jest angielska nazwa "golden teak building" - myślałem, że będzie złoty, a to tylko nazwa odmiany teku.

Tuk-tuk

Zastanawiam się, czy nazwa wzięła się od ich stukających silników, czy raczej od tego, że od czasu do czasu trzeba gościom nastukać.
Do tej pory tuk-tukami jeździłem w towarzystwie Tajek i wszystko było ok. Coś tam najpierw zagadały (co mogło wyglądać jak ustalenie celu i ceny) i potem płaciliśmy jakieś 30-50B. Ponieważ ze Złotej Góry do Pałacu Dusit jest kawałek, a nie chciałem tracić czasu na spacery (pewnie 45 min.), zdecydowałem się na tu-tuk. Podchodzę do tych gumisiów, widać dziką radość w ich oczach (farang sam oddaje się w ich ręce). Nie tracąc czasu na zbędne słowa wyciągam mapę i pokazuję, gdzie chcę jechać. Gość okazuje się jako tako odzywać po angielsku. Pyta skąd jestem, on że z Chin i podaje cenę 10B. Albo źle usłyszałem, albo gość z księżyca spadł (promocje dla Polaków wykluczyłem). I zaczyna coś nawijać, że w chińskiej dzielnicy, tak po drodze ma takich znajomych, stoisko, sklep, bla, bla bla, tylko na 5 min. Ja nie mogę - podręcznikowy przypadek z Lonely Planet! Stanowczo wyjaśniam, że shopping mnie nie interesuje, chcę prosto i szybko do celu, inaczej bym go nie pytał. To on, że tak za 10B się nie da. Włączył się inny i podał 20B, ale też shopping. Pokazuje mi, że potrzebują kuponów na benzynę (na bałwana trafił?). Mówię, że wiem i każę podać cenę bez sklepów. 200B. - Chłopaki, to jest drożej jak taxi. - No to sobie idź na taxi i zaczęli mnie wyganiać. Na ulicy trafiam na kolejnego rajdowca. Ponieważ mimo wszystko chciałem jechać, a nie iść, to zacząłem kolejne negocjacje. Starszy gość, pewnie spoza mafii, od razu powiedział 50B i upewniwszy się trzy razy, że nie będzie sklepów, wsiadłem.
Dojechałem sprawnie na miejsce w okolice kompleksu królewskiego, na duży plac z pomnikiem któregoś tam Ramy. Te okolice znam już na tyle, że potrafiłem określić, że jechał prosto do celu. Wejście okazało się być chyba z innej strony. Upewniłem się u jednego z żołnierzy, że faktycznie muszę iść naokoło (ciągle z mapą i na migi).
Idę. Wyprzedził mnie jakiś tuk-tuk, na kilkuhektarowym placu zatrzymał się akurat na mojej drodze, coś tam niby ogląda, a ja już wiem, że poluje na mnie. Standardowa gadka: skąd, gdzie, po co. Zaczyna mi wciskać, że sala tronowa zamknięta do 14:00. Faktycznie, oglądając od tyłu można odnieść takie wrażenie i pewnie dlatego łapią na to ludzi. Mówię, "It's a scam", uśmiecham się i idę dalej. Gość nie daje za wygraną, wsiada, podjeżdża jeszcze raz przede mnie i znów zaczyna. Wziął moją mapę (już nie pamiętam, czy mu ją dałem, czy mi ją wyrwał), i coś zaczyna pokazywać, że jakaś tam uroczystość jest, a to sala tronowa będzie otwarta po 14:00. Kiedy dawałem mu do zrozumienia, żeby dał sobie spokój, gość zrobił się agresywny. Znowu poszedłem, znowu podjechał, tym razem na pewno wyrwał mapę. Powiedziałem mu, żeby mnie nie wkurzał i oddał mapę. Wziąłem mapę i pytam, czy może mam zadzwonić na policję. Gość wykonał coś pomiędzy próbą odepchnięcia a uderzenia w ramię. Najważniejsze, że na tym się skończyło, wsiadł do swojego grata, popatrzył się jeszcze tylko swoją mordą w moją stronę i pojechał.
Całość działa się w sumie na odludziu, więc może myślał, że sobie może na dużo pozwolić. Jeszcze jeden tak pomyśli, to skończy na ziemi w mało przyjemnej pozycji z trzema dźwigniami. Tym bardziej, że nie było to pierwsze uderzenie tutaj w Bangkoku. Policji turystycznej jak widać się boją - strata licencji pewnie byłaby bolesna. Policja sama zachęca do zgłaszania nieuczciwości wobec turystów, więc może to mnie tak natchnęło to użycia tego środka słownej perswazji.

Wat Saket na szczycie Złotej Góry


Pierwszym punktem podróży był Wat Saket. Z mapy wynikało, że najłatwiej tam się dostać canal taxi (kolejny środek transportu do poznania). Dojechałem więc vanem do Victory Monument, po schodach na stację BTS (po drodze obowiązkowe pyszne "gofry" tuż przed bramkami), stamtąd BTS do Siam (25B) i na piechotę, zahaczając o biuro informacji turystycznej, do nabrzeża Hau Chang Bridge. Canal taxi są naprawdę odjazdowe. To łódź motorowa o powierzchni autobusu, płynie tak szybko, że woda niemal z kanału się wylewa i wydaje się, że nie da rady zatrzymać się przy nabrzeżu - tu pomaga jednak cała wstecz. Kolejny transport w stylu czas to pieniądz. Zapłaciłem chyba 7B.
Po dojechaniu do przystanku końcowego wybrałem się na górę. Były jakieś drogowskazy, a w końcu świątynię na Złotej Górze było widać z daleka. Idę przez mostek, wyprzedza mnie jakiś gość i coś zaczyna, że świątynia jest zamknięta do 14:00. - You know why it is closed? - Yes, I know - it's scam. Gość znika, idę dalej.
Prawie minąłem wejście (wyglądało jak lewe), ale jakiś kierowca tuk-tuka przeprowadził tamtędy faranga. No to też idę - bez pudła. Na górę (sztuczną zresztą) trzeba się było nieco wdrapać, po drodze jednak ładne strumyki, wodospady, wyżej typowe buddyjskie dzwony. Jeszcze tylko zostawić obuwie przed świątynią i już można rozkoszować się widokami Bangkoku z góry. Ten wat niewątpliwie warto zwiedzić.

Dojazd do Bangkoku

Do tej pory nie miałem okazji opisać, jak to wygląda, a w świetle dalszych postów ta informacja może wydać się istotna.
Według różnych źródeł z AIT do Bangkoku jest 40-60km. Można jechać miejskim autobusem nr 29 albo 39. Zajmuje to jednak ponad 1,5h, bo autobus wlecze się poza autostradą i wszędzie staje. Doskonałym rozwiązaniem są vany (wszystkie toyoty). Dojeżdżają w dwa miejsca w Bangkoku, oba skądinąd wygodne, bo zlokalizowane przy stacjach BTS (kolejka naziemna). Połączenia obsługują chyba różne firmy, bo są różne samochody i przystanki.
Dziś trafiłem na tę gorszą firmę. Mają mniejsze vany, jeżdżą wolniej, mają więcej przystanków (ten dzisiaj wyjątkowo się wlókł, bo nie miał kompletu). Co gorsza, dojeżdżają głębiej do Bangkoku - Victory Monument - co oznacza, że muszą przeciskać się w korkach (skąpią na drodze ekspresowej). Dobrze ponad godzinę jechaliśmy.
Drugą firmę łatwo rozpoznać - ich vany są biało-niebieskie, z dużym napisem z przodu NGV (to rodzaj gazu, natural gas vehicle). Tylko tak je rozpoznaję, bo jest też drobny napis z boku, ale po łacinie to tylko "BTS Skytrain". Te vany dojeżdżają do Mochit - północnego "terminala" autobusowego i pierwszej stacji BTS. Co najważniejsze, mało kto je wyprzedza. Na autostradzie jadą około 130km/h i używają wszystkich trzech pasów do wyprzedzania. Za pierwszym razem nieco mi ciśnienie skoczyło, jak gość przejechał z prędkością 120km/h przez otwarte bramki (tzn. już nieczynne w tym miejscu) do pobierania myta. Ich styl jazdy już mnie nie dziwi. W każdym razie dziś wieczorem wracałem z nimi i zajęło to jakieś 35 min.
Opłata za przejazd jest można powiedzieć śmiesznie mała - 30B. Takie są jednak zalety uregulowanego transportu grupowego. Ciekawie wygląda jej pobieranie. Najpierw tłuczemy się drogą poboczną równoległą do autostrady, zatrzymuje się, ludzie dosiadają. Gdy już wjeżdżamy na autostradę prowadzącą do Bangkoku, ludzie sami wyciągają kasę i sobie ją przekazują, w razie czego wydając resztę. Osoba najbliżej kierowcy przekazuje to jemu. Ten ciągle prowadząc przelicza kasę. Gdy wszystko się zgadza, rozprowadza bilety.

piątek, 31 sierpnia 2007

Ayutthaya - powrót

Jakże by powrót mógł odbyć się bez sensacji. Wiedziałem, że muszę łapać autobus 901. Tego namierzyłem, ale nie zatrzymuje się przy Thammasat University, tylko Future Park, więc muszę jeszcze stamtąd dojechać. Stwierdziłem, że może kierowca vana będzie elastyczniejszy. Wyzwanie: znaleźć vana, w miejscu, które jest oznaczona na mapie jako "van to Bangkok". Dziewczyny, które zaczepiłem odesłały mnie na autobus. W końcu po długim wyjaśnianiu chyba zajarzyły i pokazały mi vana, którego owszem minąłem, ale właśnie minąłem bo wystawał z czyjejś bramy i nie miał żadnego napisu. Ustaliłem, że chcę wysiąść przy Thammasat - AIT. Za 2x większą cenę niż autobus miało to być możliwe. Dziewczyny mu jakoś przetłumaczyły, myślałem, że jest ok. Ponieważ dla mnie autostrada wygląda w każdym miejscu tak samo, to nie wiedziałem, kiedy dopilnować jego zjazdu na pas lokalny. Jedyny punkt charakterystyczny do duży podświetlany napis z nazwą uni, ale to już było za późno. Wołam więc do gościa, czemu nie staje. On, że myślał, że Future Park. Każę mu się zatrzymać. Staje więc na autostradzie, podniosłem już głos (choć go nie ochrzaniłem), bo już miałem dość ich niekompetencji językowych. Wysiadłem, Taje tylko mieli zdziwione miny.
Przeszedłem pobliską kładką na drugą stronę. Za daleko nie przejechaliśmy - byłem na wysokości hal sportowych. W sumie jakieś 20-30 min. na piechotę. Po drodze napatoczyła się grupka taxi na motorach (mają przyczółki od czasu do czasu). Pytają dokąd: do AIT. No to gość zakłada kask, mówi yes i pokazuje łapą w przeciwną stronę (cięcie) Inny go poprawił i pokazał w dobrą. - Ile? - 20B. -15B. - Nie, 20B. - No to nie. Byłem zdeterminowany się przejść, dobrze by mi to zrobiło do ochłonięcia. Już im nawet żałowałem te 50gr, dla zasady. Uszedłem jakieś 20m, podjeżdza gość i mówi: OK, 15B. W 3 min. byłem na miejscu.

Na słoniu


Trafiłem wreszcie w pewnym momencie na obóz słoni, który to miał oferować przejażdżki. Za 20 minut bujana się ze słoniem trzeba zapłacić 400B. W zasadzie to 200B od osoby, jeśli jedzie para, ale ja nie miałem wyjścia, jak słoń na wyłączność. Ale co tam.
Jedzie się bardzo niewygodnie - buja na wszystkie strony. Dobrze, że nie wykupiłem od razu wycieczki półdniowej. Ciekawie to wyglądało, jak słoń przechodził przez ulicę. Tak, myślałem, że pójdziemy między świątyniami, ale najwyraźniej źle odczytałem mapę.

Ruiny


Bardzo dużo bardzo fajnych rzeczy do zwiedzenia. Styl khmerski, więc wygląda zupełnie inaczej niż Bangkok. Ciekawa odmiana dla mnie. Zacząłem niestety od odleglejszych miejsc, więc na abecadło na końcu było mało czasu. Parę rzeczy nie udało mi się zwiedzić.
Zachodzące słońce potrafi naprawdę czynić cuda z ruinami.

Rower


Miasto okazało się dużo większe niż wydawało mi się z mapy (zazwyczaj było odwrotnie). Pierwszy punkt zaczepienia to informacja turystyczna TAT. Tutaj szok na drzwiach: przed wejściem ściągnąć buty - kurcze, bo laski z informacji sobie na boso chcą pochodzić.
Dostałem mapę, ładny folder, dowiedziałem się, że mogę wypożyczyć rower. Mało skupiłem się na jego wyborze. Siodełko w drodze okazało się za niskie, ale chyba wszystkie były takie na tajskie nóżki. W każdym razie po jakimś czasie bolały mnie kolana, bo nie mogłem ich prostować. Do tego hamulce były dość słabe. Ten lepiej działający okazał się być przednim. Ale to nie miało znaczenia, bo jak mocniej zahamowałem, to linka od przedniego pękła. Byłem za daleko, żeby się cofać.

Ayutthaya - Dojazd

Peary przygotowała mi taką rozpiskę dojazdu, że stwierdziłem, że trudno będzie się zgubić. A jednak.
Plan zaczął nawalać, zanim podróż się rozpoczęła. Autobus 29 nie zatrzymywał się tam, gdzie miał, tylko śmiało gnał autostradą. Autostrada jest tak zrobiona, że są 3 pasy szybkiego ruchu, metr zieleni i dwa pasy na ruch lokalny. Przy tym pasie lokalnym generalnie ciągnie się całe życie: warsztaty, szałasy, usługi, przystanki, porzucone budynki, ruiny, parkingi na maszyny budowlane, garkuchnie, czasem jakiś salon samochodowy. I tak w zasadzie przez kilkadziesiąt kilometrów. Straszny widok.
No więc 29 nie zjeżdżał w tym miejscu. Jakoś jednak musiałem dojechać do Future Park (20km ode mnie), czyli nieco cofnąć się na trasie autobusu na południe, po to, żeby złapać autobus na południe. Od czasu do czasu podjeżdżały songthaew - takie półciężarówki przerobione na autobusy przez postawienie dwóch równoległych ławek w ładowni, też chyba tajski patent. Dopiero drugi kierowca skumał Future Park. Miałem więc okazję poznać kolejny środek transportu. Za śmieszne 7B dojechałem do FP.
Nazwa "future" jest tu niezwykle istotna, bo kiedyś będzie tu ładnie, na razie plac budowy. Po przejściu na drugą stronę autostrady znalazłem "terminal", czyli krawężnik przy drodze. Profilaktycznie 3 razy się upewniłem, że wsiadłem do właściwego busa. Nie udało mi się ustalić, czy Ajuttia to ostatni przystanek. Już nawet nie chce mi się pisać o dupowatych kierowcach autobusu, którzy wysadzili mnie nie na tym przystanku.
No więc wysiadłem "in the middle of nowhere, not a f... English speaker within a mile". Życie uratowała mi mapa zgrana na ipaqa, która na szczęście miała również tajskie napisy. Odniosłem dziwne wrażenie, że trafiałem na analfabetów, jeśli chodzi o znajomość liter łacińskich. W końcu jakoś ustaliłem położenie na mapie. Kierowca autobusu mówił, że mam się cofnąć, mi wyszło, że mam jechać dalej. Do miasta wyglądało cholernie daleko. Spacerować bez sensu. Niedaleko trafiłem na moto taxi. Cóż miałem zrobić, dopłaciłem 20B do 31B za autobus, który wysadził mnie za wcześnie.
Moto taxi to też niezły wyczyn. Wsiada się za gościa i bez kasku grzeje się, ile wlezie po autostradzie. On ma kask, więc mu pęd powietrza specjalnie nie przeszkadza. Gość nie chciał jakoś korzystać ze skrzyżowania, więc najpierw obwiózł mnie pod wiaduktem, sprytnie manewrując między filarami. Z sercem w gardle wylądowałem na miejscu.

Ayutthaya


Ambasador zasugerował, żebym wybrał się do Ajuttii (pisownia PL za Pascalem), gdyż tam jest dopiero prawdziwa Tajlandia. W swoim czasie było to największe miasto w Azji (jeśli nie na świecie, bo w czasach świetności przerastało Londyn). Przez ponad 400 lat było stolicą Tajlandii, dopóki Birma (Mianmar) go nie podbiła. Wtedy też założono nową stolicę na terenie obecnego Bangkoku. Park historyczny jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. (wikitravel, TAT)

czwartek, 30 sierpnia 2007

Clubbing

Wpadliśmy do jakiejś fajnej knajpki na tosty (nazwa Mon). Bardzo kulturalne, popularne miejsce, czynne od pokoleń.
Dziewczyny spytały, czy mam jakieś plany jeszcze na wieczór. Ponieważ oprócz spania nic innego nie przychodziło mi do głowy stwierdziliśmy, że będzie to dobra okazja do poznania nocnego życia Bangkoku. Trafiliśmy oczywiście na najbardziej ruchliwą ulicę Khao San, biegnącą przez środek mekki dla turystów - Banglamphu. No i zaczęliśmy zwiedzać kluby. Dziewczyny za każdym razem musiały pokazywać swoje ID - bramkarze jak widać nie byli pewni wieku. W klubach muzyka była przesadnie głośna. Basy były tak mocne, że powietrze samo cyrkulowało w płucach, bez konieczności oddychania. Dopiero w ostatnim klubie było jakoś lepiej: muzyka cichsza, leciały ostatnie przeboje, których notabene od miesiąca nie słyszałem, zero radia, zero telewizji... Pub nazywał się Travellers Corner, czy jakoś tak (coś chyba z Guliwerem też było).
Towarzystwo było bardzo mieszane. Oczywiście większość to przyjezdni. Żeby oddać mniej więcej urok miejsca: były tlenione murzynki, dwóch zdeklarowanych gejów z Izraela, nawalony jak szpadelek Rusek, wytatuowany łysy z o połowę niższą Tajką, pięćdziesięciolatek z dredami i masa, masa innych mniej charakterystycznych. Jedna Tajka tak wywijała biodrami, że zastanawiałem się, czy to jest możliwe z fizycznego punktu widzenia. Pomiędzy ludźmi przeciskały się drobne kelnerki, choć tu rozmiar akurat był zaletą.
Jedno, czego nie zapomnę, to zakończenie imprezy. W pewnym momencie wyłączono muzykę i zapalono wszystkie światła. Ludzie oślepieni, ale jakoś nikt specjalnie nie protestuje. Okazuje się, że tu lokale mogą być czynne tylko do pierwszej w nocy, potem ludzi trzeba wyrzucać. Ech, ale żeby od razu tak światłami po oczach walić?

Thai Boxing


Nie pamiętam, czy wspominałem JJ o chęci wybrania się na thai boxing, ale jakieś trzy dni temu wyszła z inicjatywą, pytając czy chciałbym dołączyć. Nie był to zwykły mecz, tylko coś ważniejszego. Dwa razy pytać mnie nie trzeba było.
Spotkaliśmy się ponownie na Central Pier. Dołączyła do nas dobra koleżanka JJ jeszcze z czasów USA - Nonie. Tak, dobre jest to, że obie w miarę skutecznie pozbyły się tajskiego akcentu z angielskiej wymowy (np. nie kończą zdania charakterystycznie malejącą melodią).
Dojechaliśmy na stadion tuk-tukiem - tłok. Przy kasach jakieś panie co chwila je zaczepiały, domyślam się, że oferowały jakieś specjalne bilety. Bilety były w sumie 3 rodzaje: poziom ringu - 2000B (tak, ups, wyjątkowo dobre walki musiały to być), do płotu 1500B i za płotem 500B. Tak, płot, przed meczem śmiali się, żeby czasem coś nie latało od tych z tyłu. Nie muszę wspominać, że cena dla lokalnych była niższa, tym razem aż 4x!
Dla obcych był wydzielony specjalny sektor - to na wypadek, gdyby lokalni stali się zbyt podekscytowani. Siedzieliśmy chociaż na krzesełkach plastykowych, bo w pozostałych sektorach sam beton, co nieco wynagrodziło wyższą cenę biletu. Myślałem, że laski miały jakieś doświadczenie w walkach, ale się okazało, że na własny sport narodowy też pierwszy raz się wybierają. JJ na szczęście jest na tyle wygadana, że wypytała lokalnych o parę ciekawych szczegółów.
Każda walka trwała około 30 min. 5 rund po 3 minuty, przerwa 2 minuty. Przed walką każdy rozgrzewał się w formie tańca. Muzyka była grana na żywo i przypominało to w sumie charakterystyczną jinga z capueiry. Najbardziej zaskoczyły mnie kategorie wagowe: najniższa 45 kg - to akurat walczyły niemal dzieciaki - do 62 kg (w żadnej się nie mieściłem). Z tymi z wyższej kategorii raczej spotykać bym się nie chciał - widać było, że ta waga to same mięśnie. Nie widać było, żeby brali jakieś dopalacze, poza tym dużo było całym ceremoniale duchowości i wydaje mi się, że buddyzm by tego nie pochwalił.
Ciekawość walk: na pewno dużo ciekawiej niż boks, który jest nawet nudniejszy od szermierki. Mniej ciekawe jak judo ze względu na ograniczoną liczbę technik. Chyba też mniej ciekawie niż karate, chociaż to zależy od stylu. Pierwsza runda była zapoznawcza, prali się w kolejnych. Nokautów nie było.
Wyszliśmy po 22:00 po walce głównej wieczoru.

To ja, Lord Voldemort


W Tajlandii żyje ponad 160 gatunków węży, przy czym ponad połowa jest jadowita. Każdego roku w Tajlandii od ukąszenia węża umiera około 6.000 ludzi. W większości są to rolnicy uprawiający ryż i ludzie z terenów bez dostępu do szybkiej pomocy medycznej. Wiele jadowitych węży jest typowo tajskich, więc importowane antidota nie zawsze działają jak trzeba. Chcąc zapewnić właściwą ochronę ludziom, w roku 1923 założono specjalnie farmę węży, która hoduje lokalne gatunki i dostarcza surowicę na potrzeby szpitali.
Pomyślałem, że fajnie byłoby zobaczyć te węże najpierw z bezpiecznej odległości, zanim trafi się na nie gdzieś w dżungli. Organizowane pokazy dla publiczności (codziennie o 10:30 i 14:00) wyglądały zachęcająco.
Przyszedłem wcześniej, żeby co nieco pooglądać, ale wielkość farmy zawodzi (w końcu centrum Bangkoku). Poza pytonami nic specjalnie nie rzucało się w oczy. Węże pochowały się w klatkach albo pochowane były w plastikowych pojemnikach. Jeden wąż był nawet schowany w butelce PET 0,75 litra i nie mam pojęcia, czy sam tam wszedł.
Pokaz właściwy zaczyna się o 14:00. Najpierw jest wykład w audytorium. Jakość przezroczy i narracji sugeruje, że różnie dobrze można było od razu iść zająć sobie dobre miejsce w "amfiteatrze" dla pokazu właściwego.
Pokaz właściwy był naprawdę niezły. Na scenę wchodziły kolejni aktorzy: kobry, żmije, pytony. Zaklinacze nieco drażnili się z kobrami - te się rozkładały, podążały głową za zaklinaczem i od czasu do czasu atakowały.
No i najfajniejsze - jak ktoś z publiczności mocno chciał zostać zaklinaczem, to mógł sobie wziąć na szyję całkiem sporego pytona:-)

środa, 29 sierpnia 2007

Sylabus

Zaćmienie jakieś dzisiaj miałem. 5 godzin na przygotowanie sylabusa do przedmiotu to zdecydowanie za dużo. Najwyraźniej chyba nie powinno się zmuszać do pracy wtedy, gdy organizm jest nie jest akurat w cyklu. Do biurka się przykułem, ale co z tego, skoro czytałem i nie rozumiałem co czytam. W każdym razie na pewno w dużo jaśniejszym świetle pojawia się to, co będe robił w najbliższym czasie :-)

wtorek, 28 sierpnia 2007

Wykład

No dobra, może starczy na razie tych wystąpień publicznych? Dziś miałem wykład z projektowania baz danych dla 1 roku studiów magisterskich. Pochwaliłem się, że znam się na hurtowniach danych, no to dostałem zajęcie.
Dość ciekawy był skład etniczny grupy – coś niespotykanego u nas. Jeśli dobrze pamiętam: Tajlandia, Birma, Kambodża, Malezja, Nepal, Wietnam, Laos, Indie (jedna Hinduska tradycyjnie ubrana), był też ktoś, kto wyglądał jak z Mongolii. Wyglądało na to, że zrozumieli i wykład się podobał. Nawet ci, którzy nie wyglądali mówili po angielsku. Nie to co ta zgraja tutaj dookoła, ze sklepów, pralni i innych dziur…
W każdym razie wskaźnik wykonania prezentacji wygląda zdecydowanie lepiej niż wskaźnik odwiedzin. Ale spoko, za 3 dni urlop ;-)

poniedziałek, 27 sierpnia 2007

Wasza Ekscelencjo Ambasadorze

Niedługo powrót do Polski, ale kto powiedział, że nie można kawałka Tajlandii zabrać ze sobą? Na rozmowy trzeba było się udać do władzy najwyższej, która stosowne kwity mogłaby wydać. Pierwszy raz w ogóle byłem w polskiej ambasadzie :-)

Glony


Dziś rano po spuszczeniu wody w WC odnotowałem brak szumu związanego z napływaniem nowej wody. Wprawiło mnie to z kiepski humor, zwłaszcza w związku z późniejszymi planami. Woda jednak była, tylko ciśnienie było kiepskie. Nie ma co, jak brak wody, fantastycznie. Po pół godzinie było nieco lepiej, więc dałem radę nakropelkować się pod prysznicem.
Problem dotyczył większego obszaru - jakiś dostawca wody coś wymieniał. AIT formalnie nie zostało ostrzeżone. Mają swoją wieżę ciśnień, ale i tak nie nadążali pompować. Miałem szczęście, że mieszkam na parterze, bo inni to w ogóle wody nie mieli. Gdy dzwoniłem z pytaniem, kiedy naprawią, nieważne, o co bym pytał, zawsze było „I don’t know” - szlag...
W oficjalnym komunikacie miało być lepiej po południu. Wieczorem faktycznie nieco wzrosło ciśnienie (nie na tyle, żeby samo do WC naleciało), ale woda miała dziwny zapach glonów. Zastanawiałem się, czy czasem wody z kanału nie zaczęli przepompowywać.
I jeszcze jeden epizod z glonami. JJ przyniosła mi na seminarium ciasteczkami: generalnie jakieś 100% zdrowe, tzn. orzeszki przeróżne sprasowane i… no glony ;-) Z glonami to oczywiście specjalna wersja, reklamowana jako "z dodatkiem glonów japońskiej klasy A". Ciasteczka były bardzo fajne, tylko trzeba było jakoś pierwszy posmak glonów przełknąć. Tylko nijak to do tych glonów sushi się miało – nori to miód-malina. Wreszcie odkryłem, że to tego właśnie smaku nie trawię w dodatkach do niektórych potraw.

niedziela, 26 sierpnia 2007

Śniadeccy a informatyka

Miło było dostać wiadomość, że po raz kolejny VI LO im. Jana i Jędrzeja Śniadeckich w Bydgoszczy dało powód do dumy swoim absolwentom (pozdrowienia dla Geniuszy przy okazji). Kolejny raz na polu informatyki. Jeden z absolwentów zajął pierwsze miejsce i zdobył złoty medal w zakończonej w Zagrzebiu XIX Międzynarodowej Olimpiady Informatycznej :-)

Wikipedia

Staram się jakoś zrozumieć, na czym polega tajska pisownia, a najłatwiej jest zawsze przez przykłady. Widząc napis i transkrypcję próbuję znaleźć jakieś odwzorowanie. Np. wyrazy "bai" i "mai" wyraźnie zaczynały się od tej samej litery. Więc pytam JJ, czy wymowa b lub m od czegoś zależy. Okazało się, że nie - tylko wyraz zapisuje się tak naprawdę "aib" i "aim", i to ai się powtarzało. Samogłoski są po prostu skrajnie zakręcone i nigdy nie wiadomo, z której strony spółgłoski mogą się znaleźć (góra, dół, lewo, prawo).
Wczoraj na ipaqu zapisałem sobie Wikipedia po tajsku (pobrane z http://th.wikipedia.org). Tak dla hecy, żeby zobaczyć, jak inni to wymówią. Dziś pokazałem kelnerkom do przeczytania. Nawiasem mówiąc, to mam z nimi doskonałe układy i zawsze staramy się nieco pogadać (wszystkie starsze, niektóre mówią po angielsku, a jedyna młodsza nie mówi). Były akurat dwie i obie wymówiły ładnie Wikipedia :-) Fajnie. Ale w pewnym momencie Vilawan (ta młodsza) zmarszczyła brwi i coś rzuciła do starszej. Starsza wyjęła okulary i dokładniej przyjrzała się mojemu ipaqowi. Dziwne, ale miałem wrażenie, że wiem, o czym mówią. Za chwilę starsza spytała "I love you?" i wtedy olśnienie. Podczas uniwersjady dałem jednej dziewczynie ipaqa, żeby napisała kilka zwrotów: po angielsku i tajsku. I faktycznie ostatni to był "I love you", ale w zasadzie widać było tylko dolną 1/3 napisu. Ciekawe, że z takiego fragmentu Vilawan odtworzyła, co tam było napisane. Starsza więc pyta, czy sam to napisałem, czy ktoś. Powiedziałem, że ktoś. Krótkie przetłumaczenie młodszej, wyraz zawodu zmieszany z zazdrością na jej twarzy. I wtedy się zaczęło: kto to jest ta Wikipedia (którą zapewne kocham). Na nic się zdało tłumaczenie, że to internetowa encyklopedia. Aż w końcu pojawił się jeden chłopak (kelner) i potwierdził moje słowa. Zabawy miałem po pachy ;-)

sobota, 25 sierpnia 2007

W milowym kręgu

Zauważyłem jedną niepokojącą rzecz. Nasunęło mi się to w zasadzie już przy ostatniej aktualizacji blogu. Dokładnie od tygodnia nie ruszam się z miejsca. Zawsze można mnie znaleźć w jednej z 3 lokalizacji: mieszkanie, jedzenie, praca. Myślę, że cały trójkąt można by wpisać w koło o średnicy nie większej niż 1 mila. Nawet wliczając wycieczki do marketu, to okrąg się nie powiększa. Straszne! Jeszcze straszniejsze, że od 10 dni nie wychyliłem nosa z Rangsit Campus.
Dziś stwierdziłem, że nie chce siedzieć mi się w gabinecie. Jest wprawdzie przyjemnie chłodno, ale światło mi nie odpowiada. Ciężkie firany, całość na parterze, osłonięte drzewami, żeby było jak najchłodniej, ale przez to naturalne światło nie starcza do pracy. Już pisałem, co myślę na temat świetlówek. Usiadłem więc sobie nad kanałem przy kamiennym stoliku do szachów na kamiennej ławeczce. Mimo że kamienna, to jednak bardziej wygodna niż moje chybotliwe krzesło, choć wcale nie chłodniejsza. Po stoliku przesuwał się cień z powyższych drzew. Od czasu do czasu przestawiałem się z laptopem, żeby za mocno go nie przygrzało - wystarczyła chwila na parzące rozgrzanie się. Słońce w zenicie musiało być jakieś 3 tygodnie temu, ale mimo wszystko w południe cienia własnego nie widać. Tak się przejąłem laptopem, że zapomniałem o rękach i właśnie teraz oglądam lekko spalone przedramiona.
W "pracy" nie byłem oczywiście sam - ciągle właziły mi czerwone mrówki, u góry świszczał ptaszek wielkości 1/3 wróbla (koliber raczej nie), na ziemi jaszczurka łapała muchy. Byłem zaskoczony szybkością, z jaką do nich doskakiwała (zjadła taką duża na moich oczach). Jaszczurka była długości 40cm, choć sama jaszczurka miała 10cm - po co jej tak ogon. W pewnym momencie na drugim brzegu pojawił się i mój ulubiony jaszczur. Chodził sobie i macał teren swoim długim, postrzępionym jęzorem. Gdy doszedł do wody, myślałem, że chciał się napić, a on zaczął się zanurzać. Myślałem, że chodzi po dnie, a to skubaństwo potrafi pływać. Gdy płynął, był nieodróżnialny od żółwia. I tak zbliża się, zbliża... Ups, chce wyjść na moim brzegu. W pewnym momencie zatrzymał się i zaczął językiem badać wodę. Najwyraźniej wyczuł mój zapach, bo popłynął dalej wzdłuż kanału.
Najpierw przyjemna praca w parku, potem jedzenie, gdy skończyła się bateria i dalej gabinet AIT. Cóż zrobić jednak, skoro konkretna praca projektowa jest do zrobienia. Pocieszam się jednak, że nie mam zaległości, rzeczy robię na bieżąco, a im prędzej się uwinę, tym lepiej. Jak zresztą stwierdziła inna emigrantka: "nieważne ile zrobi się prezentacji, ważne ile się zwiedzi" ;-)
Wieczorem jeszcze obszedłem zobaczyć, co dzieje się w okolicy. Trzeba przyznać, że tu chyba bardziej jak w Europie cenią sobie życie społeczne. W Korean House zlot mają Hindusi (kobiety w tradycyjnych strojach), w SU Cafe Wietnamczycy przygotowują się do zabawy przy muzyce Modern Talking. Żadne środowisko nie wyglądało jednak szczególnie otwarte na nie-ziomali. Dużo tu jest klanów, jest nawet zrzeszenie pakistańskich muzułmanów.
[Posta opublikuję kolejnego dnia - była burza i rozwaliło całą sieć - mam nadzieję. Dokładniej to mam nadzieję, że sieć, a nie kartę sieciową w laptopie. Błysnęło, światła zgasły na chwilę, laptop na szczęście cały czas pracuje.]

piątek, 24 sierpnia 2007

Połowinki

Jak w mordę, dziś połowa pobytu. Ależ ten czas niemiłosiernie ucieka... Pora na jakieś podsumowanie, co?
Z najważniejszych pozytywów to na pewno to, że przeżyłem, czego nie byłem pewien, gdy tu się znalazłem. Teraz rozumiem zwierzę, które nagle znajduje się na obcym terytorium i nie czuje się bezpiecznie, dopóki nie obsika swojego obszaru. Jeśli komuś nasunęło się to oczywiste pytanie - nie, nie oznaczyłem swojego terenu w sposób szczególnie uciążliwy, choć jakieś feromony na pewno wydzieliłem i osiadały sobie tu i ówdzie, przez co rzeczy wydają się być, jeśli nie własne, to chociaż bardziej znajome. Tak wszędzie miałem, poza hotelami, ale tam nikt na dłużej nie mieszka. Ech, brutalna biologia. Tego nie czujemy, ale to jakoś działa.
Poza podbojami terytorialnymi, włączając turystykę, wyłączając jej pewien podobszar, innych raczej nie uskuteczniam (chyba, że bez mojej świadomości). Tak podczas Uniwersjady sobie pomyślałem, mając bezpośrednie zestawienie po pierwszym ochłonięciu: Polki, Tajki, Tajki, Polki, hmm… Jeszcze w miarę nieźle wypadają Filipinki i Nepalki... OK, bez filozofowania, bez dywagowania, za niecały miesiąc będę w Polsce;-) Na razie to dziwne, że od czasu przyjazdu poza własnym odbiciem, drużyną siatkarek (i JJ, która raz założyła kolorowe soczewki), nie widuję niebieskich oczu.
Inne postępy: nauka, jasnowidztwo, język tajski, skończona lektura ostatniej części Harry'ego Pottera.
Ale to dopiero była ta łatwiejsza połowa :-)

Seminarium

Dziś piątek, więc standardowo seminarium doktorskie, gdzie prezentują się kolejni podopieczni prof. Vilasa (przy czym Vilas to imię, ale takie tutaj zwyczaje). Muszę przyznać, że zdolne tu są dziewczynki, z niezłymi pomysłami i myślę, że nie wynika to tylko z mojej przytępionej obiektywności.

Jedzenie

Jestem zawiedzony: moje zdolności pochłaniania jedzenia mocno się obniżyły. Po zupie pomidorowej nałożyłem sobie rybę w trzech smakach curry. Teraz już jestem prawie pewien, że to któraś z odmian curry daje taki mdlący smak (to może przez to straciłem apetyt). Potem jeszcze jakieś hinduskie wegeteriańskie, dalej rybę w cieście, aż w końcu trzeci raz koło tego przechodząc nie wytrzymałem - skrzydełka kurczaka zapiekane w sezamie :-) Generalnie słowo "skrzydełka" nabrało na tajskim talerzu zupełnie nowego znaczenia - nie chciałbym spotkać się z tymi kurami oko w oko.

Burza

Ciężko coś ostatnio się śpi. Od czasu jak zaczął się semestr i dookoła zaczęli mieszkać ludzie, to na okrągło chodzą klimatyzatory. Jak ktoś u góry spuszcza wodę, to u mnie zlew się odzywa. Z niewyjaśnionych dla mnie przyczyn czasami woda sama mi się nawet spuszcza (tak, u mnie).
Choć sam klimatyzacji nie używam, to nic ciszej nie mam, bo śpię przy otwartym balkonie. Jak już się trafi tak, że żaden z kilkunastu klimatyzatorów nie pracuje (każdy się czasem wyłącza), to przebija się inny hałas. Najpierw kojarzyłem to z jakimiś maszynami w oddali. Ostatnio jednak wracałem później i sprawa się wyjaśniła. Niedaleko mnie koczuje stado cykad. Gdy podszedłem bliżej, to jakbym był przy pile tarczowej tnącej deski - niewiarygodne, ale nie słyszałem siebie, gdy próbowałem coś powiedzieć.
W nocy przyszła dopiero pierwsza podczas mego pobytu burza. Pora wprawdzie dawno deszczowa, ale to we wrześniu ma być dwa razy więcej opadów, co źle by wróżyło. Grzmiało ostro, uderzało w okolicy, ale jakoś krótko, bez echa, nie jak w Polsce. Jedna pozytywna rzecz - cykady się wreszcie zamknęły.
Rano stwierdziłem, że woda w "kanale retencyjnym" na AIT wyraźnie się podniosła.

czwartek, 23 sierpnia 2007

Jasnowidztwo

Miałem spotkanie z jednym ze studentów w sprawie jego pracy. Przez jedną połowę czasu mówiłem, przez drugą zastanawiałem się, co on chciał powiedzieć. Pod koniec miałem wrażenie, że wiedziałem, co powiedział, zanim powiedział.
Jeszcze tylko telekonferencja TOWL z Europą..

Samochody


Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to duże rozmiary samochodów. Nie to, żebym taki rozmiar akurat preferował, ale gdyby nie kierownice po prawej stronie, to pomyślałbym, że wylądowałem w USA. Od jakiegoś czasu zbierałem się z fotoreportażem, bo przynajmniej na początku była to miła odmiana w krajobrazie. Jest co fotografować, bo Tajowie czasami jeżdżą czym popadnie, a częściej na czym popadnie. Bardzo popularne są tutaj pickupy: kierowca podróżuje za kierownicą, a cała ferajna siada z tyłu w części używanej przez Europejczyków do przewożenia towarów.
W Tajlandii dominują samochody japońskie. Najwięcej jest toyot (np. wszystkie taksówki), bo podobno są najtańsze. Poza tym: isuzu, hondy, troche nissanów, pojedyncze mazdy. Europejskie to już najwyższy luksus: widziałem jednego mercedesa i jedno BMW; na nasze warunki - takie sobie.
Nie wiem, ile Tajowie zarabiają, choć to też zależy oczywiście od klasy, ale samochody wyglądają w większości na nowe. Amy (Filipinka w sekretariacie) sama jakoś rzuciła, że tu samochody zmienia się co 2-3 lata. Wystarczy jednak spojrzeć na prowincje (poza AIT), żeby stwierdzić, że większość porusza się po prostu totalnymi gratami.
Nawet marki u nas znane tutaj mają zupełnie inne modele, nad czym raczej bym ubolewał, bo design na amerykański rynek jakoś bardziej do mnie przemawia. Toyotę można tu spotkać w każdej odmianie. Na kampusie parkuje jedna taka szczególnie śliczna Toyota Camry 2.0G (czarna, alufelgi, PICT4192, niestety nie doczekałem się, aż właściciel ją umyje). Wyglądem przypomina nowego passata - może dlatego przykuła moją uwagę. HiLux totalnie do przekreślenia. Najpopularniejsze modele to Soluna Vios. Jest też niespotykana u nas Corona. Gdy już myślałem, że nic mnie nie zaskoczy, namierzyłem Toyotę Fortuner - rewelacyjna nazwa i takiż wygląd (PICT4214). Szkoda, że u nas nie ma takiego wyboru modeli.
Z ciekawostek, ponieważ tutaj parkują zderzak w zderzak, a dużym samochodzie trudno ocenić odległość, stosują specyficzny system parkowania - zamiast czujników jest lusterko (PICT4216). Widziałem oryginałów, którzy mieli nawet lusterko do obserwacji przedniego zderzaka.

Sprzątanie

Czwartek to przydzielony urzędowo dzień na sprzątanie przez panie z ekipy. Dlatego rano, gdy biorę prysznic, zamykam pokój na łańcuch, żeby nie wywołać przypadkiem jakiegoś skandalu obyczajowego.
Generalnie jest ok: zmieniają prześcieradła, poszewki na poduszki, ręczniki, zamiatają owady, wpuszczają nowe owady. Dokładają też kilka rolek papieru. Nie mogę zrozumieć, że zawsze dokładają tyle samo, mimo że uzbierałem już spory zapas. Właśnie naliczyłem 9 rolek. Ale może wychodzą z założenia, że nie wiadomo, jak szybko taki zapas może się zużyć ;-) Jak taka jest norma zużycia na obóz, to współczuję niektórym mieszkańcom.
Normalnie w domu staram się utrzymać porządek, tutaj przywiązuję do tego jakby mniejszą wagę. Na przykład jedno z łóżek służy za szafę, rzeczy nie od razu trafiają do kosza. Staram się zawsze ogarnąć co nieco, żeby sobie źle nie pomyślały. I tak mam przerąbane, bo wchodzę w butach, a do tajskiego domu wchodzi się bez.
Rano, gdy zbierałem pudełka po płatkach śniadaniowych jedno z nich wydało się wyraźnie cięższe. Cięższe chyba niż nawet płatki przed zużyciem. Patrzę - żaba w środku siedzi. Wtedy odtworzyły mi się wydarzenia: idę w nocy do łazienki, "cześć żaba", popatrzyła na mnie, ja na nią, nie chciało mi się na zewnątrz wychodzić, więc najwyraźniej poszedłem spać.

Prasowanie

Odebrałem z pralni swoje spodnie-bojówki zaprasowane na kant. Teraz przynajmniej jest bardziej elegancko. Ciekawe, co by zrobili z dresami.

środa, 22 sierpnia 2007

Praca

Tym razem nie trzymam asa w rękawie. Nie ma postów, bo nic się nie dzieje i przez najbliższy czas dziać się nie będzie. Popracować też czasem trzeba, tym bardziej, że zwaliło się parę rzeczy projektowych. Trzeba przygotować wykład na przyszły tydzień.

Film

Dziś na terenie AIT coś kręcili. Fajnie było zobaczyć jak to wygląda tutaj. Oświetlenie, operator, reżyser, itp. wszystko standardowo. Tylko "aktorzy" strasznie rozkrzyczani. Wyglądało to na scenę przed gimnazjum. Jak to moja siostra lubi określać „ale wredne bachory”.

wtorek, 21 sierpnia 2007

Zdrowie

Zdrowie jest jak trzeba. Mimo obaw, nie było problemu przy zmianie diety. Wręcz przeciwnie, muszę przyznać, że chyba ta kuchnia mi nawet służy.
Coś mnie tam lekko gardło raz bolało, ale to i tak nieźle zważywszy na to, że wszędzie jest klimatyzacja, a na zewnątrz wieczny upał. W Polsce już kilka razy można by się nabawić jakiegoś zapalenia, tu najwyraźniej nawet bakteriom się nie chce.
Jednego dnia miałem nieodpartą potrzebę zmierzenia temperatury - coś wydawało mi się nie tak. No faktycznie, jakbym nie mierzył, wychodziło 36,0. Czyżbym przeszedł na zmiennocieplność?
Kolejnego dnia z kolei miałem wrażenie, że mam za dużą. Ale wtedy już nie mierzyłem, w końcu byłem umówiony w Bangkoku. W sumie to przeszło mi potem, najwyraźniej za wcześnie wstałem.
A co do zdrowia jeszcze, to wieczorem wypiłem zdrowie Taty, który dziś obchodzi urodziny :-)

poniedziałek, 20 sierpnia 2007

10 największych szkodników

A wszystko pisałem po to, żeby zamieścić ten link.

Nasi bracia mniejsi

W zasadzie już zdążyłem przywyknąć do tego, że tutejsza fauna jest bardziej przyjacielska. Właśnie kolejna żaba pomaszerowała sobie przez mój korytarz do łazienki (to już piąta, jeśli dobrze liczę). Ciągnie je tam stojąca woda, gdyż nie da się jej nijak osuszyć z powodów, które już opisałem (skraplanie). Teraz przynajmniej widziałem, skąd żaba się pojawiła. Początkowo myślałem, że wpływają przez WC, ale musiałyby siłować się z klapą. Wyszła dokładnie z tego samego miejsca co parę dni temu jaszczurka (mała, taka na 10cm) i kiedyś na początku karaluch. Listew dokładnie przylega do podłogi. W jednym miejscu w rogu zauważyłem jednak, że można przejść nad listwą trafiając nie do szafy, a za nią (szafa nie przylega do ściany). To tłumaczy, dlaczego tutaj pełno drzazg ciągle było. Będę musiał to jakoś załatać.
Co do karaluchów, to chyba wykańcza je Raid na komary wkładany do kontaktu , właśnie widzę jak kolejny dogorywa na plecach (w zasadzie dogorzał, już nie macha łapkami). Podobnie padają muszki, kąśliwe jak nasze meszki. Latają przy świetlówce nad łóżkiem i wtedy dopada je paraliż. Często trzeba zdmuchiwać je z łóżka, bo sporo tego. No i przede wszystkim komary są przymulone - polecam! Na wyposażeniu mam jeszcze chyba dwa pająki: jeden rozpiął się w łazience (gdzie potencjalnie jest najwięcej komarów), drugi patroluje okolice biurka.
Od czasu jaszczurki w zasadzie przestałem się przejmować, co mi włazi do szopy. W końcu to one się mnie boją, a nie odwrotnie. Poza tym, jak złapać jaszczurkę... Żaba powolna, już opanowałem łapanie w reklamówkę. Karalucha można butem. Ale jaszczurkę - nie, jakoś perspektywa jej rozpłaszczenia mnie nie zachwyciła - za duże to, krew by się polała, potem sprzątanie, a poza tym krzywdy mi nie zrobiła. Jak weszła, to sobie wyjdzie.
Inny potencjalny wektor to pranie, które suszy się na balkonie. Po wniesieniu najlepiej od razu poskładać, wcześniej potrząsając i sprawdzając, czy nie ma insektów, węży, czy skorpionów. Nie, no żartuję, skorpionów być nie powinno.
Duże jaszczury też już wiele razy spotykałem. Jeden to przeszedł tuż pode mną, a zauważyłem tylko dlatego, że głośno tupał. Oddzielała nas tylko kratka położona na kanale odprowadzającym deszczówkę.
Wczoraj kot jakiś zaczął za oknem miauczeć siedząc na murku. Zrobiłem zdjęcia, ale wyszło nieostre. Do tej pory to koty głównie goniły się po balkonie, czasami zderzając się z szybą i budząc w środku nocy. Kotów to chyba tu najwięcej z inwentarza, ale żaden na syjamskiego nie wygląda, a przecież Syjam to dawna nazwa Tajlandii (ok, są ogary polskie, owczarki niemieckie, wyżły węgierskie, a spotykamy burki itp.)

niedziela, 19 sierpnia 2007

Zaległości uzupełnione

Czasami coś nowego mogło się wstrzelić wcześniej, więc sugeruję upewnienie się, że wszystko przeczytane ;-)

sobota, 18 sierpnia 2007

Koniec Uniwersjady

Tak jak pisałem wcześniej wybrałem się głównie po to, żeby zobaczyć skoki z wieży 10m. Dodatkową atrakcją było to, że były to skoki synchroniczne. Całość oceniało aż 9 sędziów: 4 od wykonania i 5 od stylu. Mi jako laikowi trudno było zrozumieć skąd się brały takie czy inne oceny. Generalnie ci niżej oceniani potrafili bardziej rozchlapać wodę i wyrzucić kropelki na większą wysokość.
Ewidentnie było widać, że to ostatni dzień igrzysk. Nawet wejście do Aqua Center było za darmo. Miało to jednak również swoje wady - nie było kogo spytać o bilety na ceremonię zamknięcia. Postanowiłem pokręcić się po kampusie, coś zjeść, poczytać i przyjść koło 18:00 pod bramy stadionu - może też będzie za darmo.
Jedna laska zaczepiła mnie w autobusie pytając skąd jestem. Najwyraźniej chciała pogadać. Tutaj to raczej rzadkość, że ktoś potrafi rozmawiać, więc ostatnio już nawet nie próbuję. Jedna prosta reguła: umiejętność uśmiechania się jest odwrotnie proporcjonalna do znajomości angielskiego. Tak jadąc gadaliśmy na różne tematy. Okazało się, że studiuje IT na Uniwersytecie Thammasat (w zasadzie to była dopiero druga dziewczyna spoza AIT, z którą można było porozmawiać, obie z Thammasat, to o czymś świadczy). Nie wiedzieć czemu spodobały się jej moje spodnie. Pytała, czy są z Polski. No to zgodnie z prawdą powiedziałem jej, że raczej są z Chin, my tylko projektujemy. Dociekała, czy projekt jest faktycznie polski, bo coś jej przypominało kolekcję Camela. Ech ;-)
Żołądek uzupełniłem w markecie 7eleven. Kupuje się bułę z mięsem, podgrzewają w mikrofali, a potem samodzielnie dokłada składniki tworząc w ten sposób jedynego, niepowtarzalnego hamburgera. Fajny pomysł - nie musiałem pozbywać się sałaty.
I wreszcie udało mi się kupić tutaj ser! za złodziejską cenę 96 bahtów za 12 plasterków! Za luksusy z Europy słono tu kasują.
Osiemnasta się zbliżała, a wszędzie podejrzanie pusto. Pytam o ceremonię, jakieś dwie przypadkowo spotkane organizatorki rzuciły jakąś nazwą stadionu, że to tam się odbywa. Ale jak się tam dostać, to już było za trudne.
Jednakże obserwując drastyczny powrót pory deszczowej, jakoś nie byłem z tego powodu nieszczęśliwy. A nawet mi się nie chciało - najważniejsze wydarzyło się wczoraj.

Uzupełnienie bloga

Wpisy spod 12 sierpnia zostały zaktualizowane. Teraz ponownie znikam na uniwersjadę - jeszcze nigdy nie widziałem na żywo skoków do wody z 10m. Zapewne też nabędę bilet na ceremonię zamknięcia dziś na 18:00.

piątek, 17 sierpnia 2007

Polskie siatkarki złotymi medalistkami!


Miłym zaskoczeniem było, gdy zobaczyłem w programie Uniwersjady, że polskie siatkarki grają w finale z Serbią. Postanowiłem się wybrać, żeby wesprzeć je w walce. Tak jak się spodziewałem, nadmiaru polskich kibiców nie było. Można było w zasadzie wyróżnić 3 grupy: kadra sportowców, pracownicy ambasady i ja ;-) Wstyd przyznać, ale wcześniej jakoś nie śledziłem wydarzeń. Zresztą nasze media sportowe jakoś niekoniecznie się interesują Uniwersjadą. Do dziś informacja o złocie jest zdaje się tylko w jednym miejscu, pośrednio.
Zadziwiająco dużo dziewczyn było z Bydgoszczy (aż 5), wszystkie z Wyższej Szkoły Gospodarki w Bydgoszczy (specjalność tam jakąś mają? muszę sąsiada wypytać). Choć jak bardziej podrążyć, to tak naprawdę grają w pierwszym składzie Centrostalu Focus Park Bydgoszcz, który obecnie zajmuje 3. miejsce w lidze, więc chyba nie powinno to dziwić.
Skład (źr. Onet, numery moje): 4. Anita Chojnacka (ZW AWF Gorzów/Farmutil Piła), 7. Magdalena Godos (WSG Bydgoszcz/Winiary Kalisz), 14. Marta Haładyn (DSWETWP Wrocław/Gwardia Wrocław), 6. Dominika Koczorowska (Uniwersytet Białostocki/AZS Białystok), 13. Dominika Kuczyńska i 11. Berenika Tomsia (obie AWFiS Gdańsk/Gedania Gdańsk), 3. Aleksandra Liniarska, 12. Monika Naczk, 10. Dorota Ściurka i 8. Katarzyna Wysocka (wszystkie WSG Bydgoszcz/Pałac Bydgoszcz), 2. Joanna Staniucha-Szczurek (KN Bielsko-Biała/Aluprof Bielsko-Biała) oraz 1. Mariola Wojtowicz (ATH Bielsko-Biała/Aluprof Bielsko-Biała).
Sam mecz przebiegł bez większych emocji. Z jednej strony fantastycznie, że wygraliśmy. Z drugiej strony, mecz bez historii, aż za łatwo to przyszło - wygrane do 19, 18 i 17. Nie to co ostatnio nam zafundowała drużyna męska w LŚ, gdzie w pierwszym secie doszło aż do 38:36, a cały mecz nie pozwalał usiedzieć w miejscu. Anita (4) stwierdziła, że to w sumie był najłatwiejszy mecz.
Więc mecz taki sobie, ale potem to, co działo się po meczu - na długo do zapamiętania. Mam tylko jeden żal do "systemu" - zamiast hymnów narodowych grają do znudzenia Gaudeamus w piskliwo-brzdęczącym tajskim wykonaniu. Dlatego Mazurka odśpiewaliśmy już w trakcie wręczania medali.
Obiecuję sobie, żeby po powrocie nabyć dyżurną koszulkę kibica - czerwoną, z białym orłem i dużym napisem POLSKA. I będę ją woził ze sobą, gdziekolwiek jej założenie może być wskazane.

Zaległości

Wiem, wiem, mam zaległości. Dwa wypady do Bangkoku, uniwersjada, itp. Wczoraj chciałem dopisać, ale długo zdjęcia przebierałem. Dziś od rana pranie. Zaraz lunch i seminarium. Potem zobaczyłem, że polskie siatkarki walczą o złoto na uniwersjadzie, więc głupio nie pójść. Może wieczorem ;-)
Tymczasem są nowe zdjęcia.

czwartek, 16 sierpnia 2007

Pranie

Nie wiedziałem, że ten temat może wzbudzić emocje, dlatego w ogóle nie zaczynałem. Po ostatnim bulwersującym wydarzeniu musiałem coś zrobić: straciłem bokserki.
Są dwie opcje: pierze się samemu lub zanosi do pralni. Tę drugą opcję odkryłem nawet jako pierwszą. Ceny są wręcz bajecznie niskie. Przykład: wypranie koszuli z długim rękawem i jej wyprasowanie kosztuje... No ile, zgadnijcie. 10 bahtów, czyli jakieś 80 groszy; T-shirt 8 bahtów. Biorąc pod uwagę, że wyprasowanie koszuli zajmuje mi około 10 minut, to w ten sposób zarabiałbym niecałe 5zł na godzinę (nie licząc materiałów). Nie mam absolutnie pojęcia, jak im się opłaca, ale doskonale wiem, jak mi się to opłaca.
Z bielizną sprawa jest inna. Tu mi wyszło, że taniej wypiorę samodzielnie. Odkryłem na kampusie publiczną pralnię, w której stały 3 zabytkowe pralki, z czego ta najbogatsza funkcjonalnie była już tylko eksponatem. Mimo prostokątnego obrysu bęben wyglądał jak we Frani. Całość ładowało się od góry. Zaskakujący wybór za pomocą wajchy w postaci 3 programów: gorący (hot/press), ciepły (warm/normal), delikatny. W jednej pralce zazwyczaj stoi woda, druga jest sucha i profilaktycznie wybieram tę suchą, żeby samodzielnie potem prania nie wykręcać. Za pierwszym razem nie wiedziałem, jak tego użyć. Jest instrukcja: włożyć pranie, wsypać proszek (jednostką miary są garście), zamknąć pokrywę, wrzucić pieniądze, nacisnąć start. Cool! To znaczy, gdzie wrzucić pieniądze, bo są dwa wejścia. I w sumie to ile, bo tego też nie ma. Obszedłem pralkę parę razy dookoła, ale przycisku start nie znalazłem. Wreszcie przyszło zbawienie - zjawił się ktoś kto rozumiał po angielsku i mi wytłumaczył. Trzeba wrzucić 3x10 baht do dolnego otworu, a ten górny wrzutnik to służy właśnie jako start (że też ja taki niedomyślny jestem). Jeszcze musiałem pobiegać po sklepach, barach itp. żeby z rana zdobyć 3 monety, tylko żadna pierdoła nie miała albo nie chciała rozmienić. W końcu wrzuciłem do pralki właściwą kwotę. Pranie można było odebrać po 38 minutach (tak, był licznik).
Muszę jeszcze wyjaśnić kwestię bębna, bo to jest sedno sprawy. Otóż nie wiem po co, ale na środku bębna jest plastykowy drąg. Jak każdy piorący zapewne zauważył, rzeczy w pralce mają tendencję do przyjmowania najróżniejszych kombinacji, np. zapakowania się w całości do poszewki poduszki. Tutaj nic się nie zapakowało, ale raczej zahaczyło. Piszę to wnioskując z sytuacji na koniec prania, więc są to tylko spekulacje. Otóż jedna z nogawek bokserek, o których wspomniałam, narzuciła się na ten drąg. Jakby tego było mało to dwie skarpetki owinęły się dookoła drugiej nogawki, zapewne zwiększając siłę odśrodkową podczas prania czy wirowania. Efekt był taki, że jedna z nogawek rozciągnęła się do szerokości T-shirta. I co ja teraz słonia będę w te pantalony ubierał?